Tarta czekoladowa – proste, szybkie ciasto o wykwintnym smaku

Jestem królową jednego ciasta. Pichcenie w kuchni w 90% nie jest dla mnie przyjemnością, a jak się człowiek narobi godzinę przy cieście, które nie wyjdzie albo okaże się bardzo mierne, to… człowiek żałuje, że nie kupił w sklepie ciasta za 6 zł, a godziny nie wykorzystał na leżenie plackiem bądź czytanie książki.

Ja nie wyczuwam swojego nowego piekarnika – nowego od 10 lat 😉

Jak mam ciasto, które jest sprawdzone – tzn. wychodzi (a nawet w okresach, gdy oklapywało lub spalało się – też znikało w jeden dzień) i jest smaczne, to nie kombinuję póki co z nowymi przepisami.

Do tego składa się ono z podstawowych składników. Z tego, co naprawdę każdy ma w domu (chyba że jajka Ci wyszły) – trzeba jedynie nauczyć się mieć zawsze na stanie 2 tabliczki gorzkiej czekolady.

Wyobraź sobie, jak dobry przepis ode mnie dostajesz, skoro tłukę go jednego od trzech lat 😉

Na Wielkanoc robiłam to ciasto „z głowy”. Pomyliłam kolejność kroków i okazało się… że jest jeszcze lepsze!

Smak jest taki, że gdy wożę to ciasto gdzieś w gości, gdzie są i trzy inne ciasta, to moje dzieci i tak proszą o „czarne ciasto”.

Składniki:

170 g gorzkiej czekolady (najlepiej powyżej 70% kakao, ale jak masz 50% kakao – też się uda)

80 g masła

4 jaja

8-9 łyżek cukru

szczypta soli

3 łyżki mąki

Wykonanie

Czekoladę z masłem rozpuszczasz delikatnie w rondelku na gazie, po czym wstawiasz rondelek do miski z zimną wodą, żeby płyn ostygł.

Nastawiasz piekarnik na 180, u mnie 185. Przygotowujesz foremkę-keksówkę – bułka tarta na tłuszczu czy papier do pieczenia.

Jaja z cukrem i szczyptą soli miksujesz – niech sobie to urośnie jak piana z białek.

Do jaj z cukrem wsypujesz mąkę i delikatnie mieszasz łyżką.

Do tego delikatnie wlewasz ostygniętą czekoladę i delikatnie mieszasz łyżką. (Te dwa ostatnie kroki w oryginale są na odwrót, ale kiedy przez pomyłkę zrobiłam tak, jak teraz Ci piszę – wyszła lepsza konsystencja, ciasto bardziej miękkie po upieczeniu).

Siup do formy, 35 minut w piekarniku i już.

Smacznego! 🙂

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Park wczesną wiosną

Nasz park z naszym pałacem. Wybudowany jako plac zabaw dla ówczesnych bogaczy. Jeszcze niedawna zamknięty dla ludu – posiadłość pochwalna jakiegoś ministerstwa czy czegoś takiego.

A w kwietniu 2021 tylko ja, dzieci i paru ochroniarzy.

.

Czyli w pewnym sensie możemy robić to, co bogacze czy władze. Jak w tej opowiastce o zwykłym rybaku vs właścicielu firmy rybołówczej – oboje spędzali czas po pracy podobnie. W dużym uproszczeniu.

.

Kwiecień ’21 to narzekanie na to, że zimno i wieje.

A na plus? Póki listki są tak małe, świetnie obserwuje się wiewiórki. Widać je nawet, gdy ganiają się na naj-najwyższych gałęziach. Tutaj bawiły się cztery na raz z wszelkimi skokami i akrobacjami. Młody Przyrodnik zachwycony.

.

A po chodniku chodziły kaczki. Dzikie! To nie Łazienki, tu i wszystko jest naprawdę dzikie.

/po zdjęcia udaj się tutaj/

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Disclaimer w temacie „kura domowa”

Małe wielkie sprostowanie odnośnie wszystkich moich tekstów o roli kobiety jako kapłanki ogniska domowego

Od ponad roku, a nie daj Bo-mo-że i od ponad dwóch pisałam tu trochę rzeczy w klimacie, że kobieta to powinna domem się zajmować, mężowi miłą być, dzieciom pożywienie zapewniać, cerować skarpety i latać jak nie z patelnią, to ze szmatą. W tym tonie o ważnej roli kobiety wypowiadają się tak skrajne środowiska jak wyzuci z wyobraźni, prości jak drut ultra-protestanci (i ultra-protestanki; ah, pamiętam to kazanie Mom, Satan wants your job, pewnie dostępne wciąż na YT – płakałam, słuchając) oraz pierdzący o jednorożcach i rozmowach z duchem wody niu-ejdże. Serio.

I ja obydwa te nurty sobie czytałam, chłonęłam, wprowadzałam w życie. Tzn. nigdy na sto procent i inicjatywa była moja, oni tylko utwierdzali mnie i wspierali w wybranej drodze. Z jakich powodów wybranej i czy ze słusznych – to kolejne odnoga tej sytuacji, której dzisiaj nie rozwijam, ale miej ją z tyłu głowy.

Mam w ogóle w sobie taki błąd, że czytam. Że czytam różne rzeczy. Tych, co mówią slołlajfuj i tych, co mówią zapier-laj. I ja zgadzam się z argumentami obu stron, i obie skrajności, oba kija końce próbuję wprowadzać w życie… jednocześnie… No tak mam. Choć na rozum wierzę, że droga środka jest tą najlepszą.

Wracając do tematu: przez te ostatnie półtora roku, a może dwa z hakiem, świadomie realizowałam kierunek „matka i kapłanka ogniska domowego”. I na rozum i przez doświadczenie widzę tego plusy.

Świadomie realizowałam… Tak właśnie. Nie intuicyjnie, nie samo-z-siebie. Podjęłam się tego.

Cenię sobie eksperymenty ze stylem życia. Cenię sobie obmacanie się z tematami, przeżycie, choć jak wyżej pisałam – dużo też czytam, czyli jem teorię.

Miałam ten długi czas, kiedy podjęłam się utrzymywać super porządek (w granicach rozsądku – nie wyobrażajcie sobie, że dom, w którym trzy osoby przebywają niemal non stop, wygląda, jakby nikt w nim nie mieszkał), codziennie podać ciepły obiad (odgrzewane pierogi się nie liczyły), nie mieć gór prania czy to brudnego nie mieszczącego się już w koszu, czy wyschniętego – na stole i krzesłach. I tak dalej. Organizować chałupę, być opoką, ostoją, wsparciem dla moich menów – bo przecież dbanie o dom to nie tylko kwestie fizyczne, ale i rodzina-relacje-atmosfera-wsparcie-miłość.

Podjęłam się tego. Żeby sprawdzić, czy to jest „słuszne”. Żeby odpocząć od gonitwy zapieniężnej, bo właściwie te dzieci do placówek nieposłane i ten dom – to i tak bardzo dużo roboty!

Podjęłam się tego umyślnie. Wtrybiłam się w to. Uczyłam i testowałam. Chcę podkreślić, że to nie jest moja natura, nie mój stan domyślny. Ale robiłam. Nauczyłam się wiele i wiem, że teraz z pewnymi domowymi, kuchennymi czy gościowymi wyzwaniami poradzę sobie na spokojnie, nawet śpiewająco, jak się postaram (choć to nie moja natura), milion razy lepiej i spokojniej niż przed tym okresem zajęcia się niemal wyłącznie domem ęd rodziną.

Ostatnio naszła mnie refleksja, że może to nie jest „słuszny” model. Nie jedyny najsłuszniejszy. Choć pięknie, kiedy jest osoba dedykowana do tych zadań, pięknie, gdy one są wykonane, gdy jest dbałość i o tę fizyczną przystań, i o atmosferę między ludźmi, i o atmosferę dla ludzi. To jest ogromna i wartościowa praca.

Tylko właśnie zaczęłam zadawać sobie pytać, czy to jest jedynie słuszna postawa, tak jak jedynie słuszną mogę z pewnością nazwać niezabijanie ludzi, którzy nam nie grożą.

Przestaję się czarować w kwestiach mojego światopoglądu i wartości. Choć w nie wierzę, wierzę, że są najlepsze, to dostrzegam, że łatwiej byłoby mi z nimi dwieście lat temu, bo świat się zmienił i wciąż zmienia w kierunku przeze mnie pogardzanym. Tak jak mamom, nieposyłającym dzieci do szkół, być może było lżej, gdy miały wokół siebie inne, niepracujące poza domem kobiety… Tak jak wszystkim mamom być może było lżej, gdy z rzeczywistością macierzyństwa oswajały się od małego, a nie dostały młotkiem w łeb po porodzie, bo wcześniej liczyły się tylko szóstki z niemieckiego i licencjat z gwnoznastwa z elementami gwnologii.

Niewiele kobiet potrafi (i w ogóle chce) znaleźć przestrzeń na bycie pełnoetatową gospodynią domową. Niewiele rodzin potrafi znaleźć przestrzeń na nieposyłanie dzieci do placówek i nie-prdolniecie przy tym na psychikę, gdy dziadków niet, albo pracują jeszcze i tak dalej…

Ostatnio dostrzegłam, że to ja, prywatna, osobista, jednostkowa ja potrzebowałam tego eksperymentu bycia „tylko mamą i dbaczką o dom”. Brakowało mi tego. Nie znałam tego ze swojego domu rodzinnego. Nie obmacałam się z tym. Nie wiedziałam, jak się to czuje, z czym to się je. A widocznie potrzebowałam się dowiedzieć i poczuć.

Jak milion i sto, podziwiam każdą kobietę, która z tej roli robi rolę swojego życia. A są takie i wśród nas. Raczej nierozumiane i wyśmiewane. A robią – podkreślę po raz trzeci – ogromną i bardzo wartościową robotę.

Właściwie to miło mi się zrobiło, gdy przeczytałam na Insta post jednej z nich, która stwierdziła coś w stylu: Ludzie chcą, byśmy po odchowaniu dzieci poszły do pracy. A ja twierdzę, że gdy dzieci wyfruną z domu, to jest właśnie czas, po tych wszystkich latach zapieprzu (na pewno nie użyła tego słowa), na wzięcie się za nieprzeczytane książki, wypicie w spokoju herbaty, odpoczynek.

Wow. Chciałabym, żeby inni o nas, mamach i zarządcach gospodarstwami domowymi – tak myśleli! Robiłaś wszystko, co trzeba, świątek-piątek czy niedziela, w tym lata nieprzespanych nocy. Dziękuję! A teraz odsapnij, usiądź, naciesz się swoimi dokonaniami, naciesz się dzisiejszym dniem, posłuchaj ciszy.

Błagam o to! Nie jednorazowe wakacje w Zanzibarze i nowy drogi samochód tylko pozwolenie sobie na okres odsapnięcia w życiu, na odpoczynek po pracy, na cieszenie się swoim ogromnym i wartościowym sukcesem (+ pichcenie sobie i mężowi).

Wracając do tematu: eksperyment był potrzebny mnie osobiście. Musiałam się z tym tematem porządnie przemiziać.

I już wiem. Choćby to, że… to akurat nie dla mnie. Wzięcie całości tego na siebie to nie moja natura.

„Wyobraź sobie swój idealny dzień, swoje idealne życie…” – Znacie to? Że niby pomoże poznać nam swoje prawdziwe pragnienia czy coś. Otóż ja w idealnym dniu na pewno nie przygotowuję jedzenia, nie robię zakupów spożywczych, nie rozpakowuję ich, nie pucuję i sporo innych „nie”. Z radością wstawię i powieszę pranie (bez wieszania majtek i skarpetek), czasem dobrze robi mi sprzątanie rzeczy lub pucowanie naczyń czy powierzchni, lub ostry remanent, z naciskiem na „czasem”.

Także za każdym razem, jak piszę na tym blogu, że jesteś debilką, bo pracujesz, zamiast robić dom, to jest (było) bardziej do mnie w tym mizianiu się z takim stylem życia niż do Ciebie.

Natomiast za każdym razem, jak piszę, że jesteś nierozsądna, bo posyłasz dzieci do państwowych pań na jedukację… Cóż, tu zdania nie zmieniam, choć biorę poprawkę na to, że moje poglądy pasują do czasów dwieście lat wstecz, że czasy się zmieniły, a może nie każdy chce poświęcać się jak Maksymilian Kolbe czy też po paru latach nieprzespanych nocy balansować na grani(cy) płotu psychiatryka.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Mazowieckie krzaki wczesną wiosną

Kocham przyrodę i uważam, że każdy powinien mieć przyrodzone prawo w przyrodzie mieszkać.

Do tego nie uznaję ograniczania mi wolności, co próbuje się od roku robić ludziom w miastach.

Tak więc spakowałam herbatę, wodę, drożdżówki z ciasta pączkowego, jabłka, banany, chusteczki i zabraliśmy się z Mężem i dziećmi w mazowieckie krzaki.

Piechotą od domu (jak eko! i bez płacenia za benzynę) zrobiliśmy ponoć 9 km. Cztery godziny.

Zacznijmy od przyrodniczych detali:

/bez fot to nie ma sensu, więc leć tutej – zdradzam też, gdzieżem umówiła się z Mężem na pierwszą randkę/

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Edukacja domowa a socjalizacja – przedszkole, zerówka

Jesteśmy z Mężem tymi dziwnymi ludziami, którzy nie zapisali dzieci do żłobka, przedszkola, zerówki i nie planują zapisywać do szkoły.

Internety oraz ludzie w trzy-de, gdy rozmowa schodzi na ten temat, często bąkają coś pod nosem (w necie to na całe gardło), że minusem takiego rozwiązania jest kwestia socjalizacji dzieci, braku kontaktu z rówieśnikami i takie tam… [Podaj mi badania nałukowe, które mówio, że człowiek w młodym wieku potrzebuje akurat tak specjalnie i tak bardzo kontaktu z równolatkami. Pokaż].

I to o niedorozwoju społecznym dzieci to bąka w ogóle tłusty, palący ojciec dziecka, które w wieku czterech chyba lat mówi tak niewyraźnie, że tylko matka go rozumie. Ze starszym mieli podobnie do ósmego roku życia, latali po milionach logopedów i innych dziadów z certyfikatami i nic nie pomagało.

Współczuję tym rodzicom, bo też parę kłopotów ze swoimi przeszłam, a może i parę przejdę. Mimo to nie uważam za sensowne wtykanie mi ewentualnych, potencjalnych, niezmaterializowanych dotąd błędów, minusów i problemów, gdy rozmówca ma na zbliżonym polu problemy, a może błędy czy zaniedbania faktyczne, widoczne.

Tak, ja tu wrzucam na ludzi, ale ja wrzucam generalnie i niosę ideę, niosę wołanie o nakierowanie stylu życia na lepszy… I można nie czytać.

………

Do meritum.

Jak stoi socjalizacja naszych 4- i 6-latka, którzy „siedzą z mamą w domu”?

Prezentując Wam takie coś już daję do zrozumienia, że robię „testy”, że sprawdzam, jak stoi u nas ta „umiejętność” komunikowania się ze wszystkimi… A czy rodzica szkolnego też to tak bardzo obchodzi, czy o tę sferę dba? Ja np. po 12 latach szkoły i paru latach studiów byłam tak społeczna, że najchętniej schowałabym się do dziury, plecami do wejścia i tak siedziała. Od dziesięciu lat leczę się z tej szkolnej pato-socjalizacji. Wciąż nie rzucam się na ludzi i sprawiam wrażenie nieśmiałej. A to jest 20% nieśmiałości, którą miałam 10 lat temu.

………

Do meritum.

Synowie nasi nie widzieli kolegów praktycznie od września, bo koledzy tak od godziny, kiedy my wstajemy, do godziny siedemnastej zamknięci byli w kołchozach. A w weekendy to albo może babcie odwiedzali, zakupy, albo oglądali tv, albo było zimno, plucha i ble.

W pierwszy słoneczny dzień wiosny i w związku z inicjatywą władz (zamknięcie placówek przechowujących dzieci) całe towarzystwo wyszło.

I chłopcy wszyscy tu w sąsiedztwie kontaktują się bez problemu. Moi i kołchozowi.

Nie ma różnic na minus, wynikających z tego, że moi nie byli wyganiani co dzień o siódmej z domu do auta i do „pani”, że nie śpiewali piosenek o bałwanku, nie wycinali na Dzień Babci i nie odstawiali krakowiaczków (akurat te tańce na występy to ja w zerówce lubiłam. Oddzielenia od domu i Mamy nie lubiłam).

Okazuje się, że dzieci mają wspólny język: rowery, policjanci, złodzieje, Spiderman, kreda, a ja umiem narysować samochód, a ja umiem czołg, motyle, gąsienice, a fajnie jakby blok był zbudowany z kolorowych cegieł…

I spoko jest, chłopaki się bawią w trzech, we czterech, w pięciu w podobnym wieku.

No i przyznaję, że moi nie mówią d*pa, a do kolegi, z którym fajnie się bawią nie zwracają się per gnojku. A przedszkolnym to mocno wchodzi.

………

No tom się pochwaliła.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Cała prawda o policji [Ranczo]

Ranczo, odcinek 17.

Do wsi przyjechał biskup. Parafia poleca policjantowi, aby go ochraniał, ale tak, by biskup o tym nie wiedział. Policjant po prostu za nim łazi po wsi. Sam zachowuje się podejrzanie, więc biskup pyta napotkanych pijaczków:

Biskup: A powiedzcie, znacie tego co tam pod kościołem się kręci?

Jeden z pijaczków podbiega, zagląda, patrzy, o kogo chodzi.

Pietrek: To nikt ważny, Wasza Wysokość.

Biskup: A… że tak powiem… czym on się zajmuje?

Pietrek: Niczym. To policjant jest.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

5. Gdzieśmy schowali serce?

Serce jest co najmniej symbolicznym (choć naukowcy już w tym dłubali i w jakimś przynajmniej zakresie się zgadzają) siedliskiem uczuć.

Za nami jest ogromna, długa i można by powiedzieć nieźle napchana Era Serca, era uczuć.

O czym piały Tristany i Izoldy, Hamlety, nawet Antygony, mistycy? O czym Mickiewicz pisał? Czym Kochanowski żył i Anna Karenina? O czym rozmawiały średniowieczne damy, o czym śnili rycerze i Kopciuszki? A nawet i swoich powstańców tu wstawcie albo żołnierzy hamerykańskich i ich łukochane.

Czy Tristan z Mickiewiczem zgodnie z grafikiem przeplatali produktywność przyjemnością? Czy Kochanowski z Kopciuszkiem na zmianę konsumowali i na konsumpcję pracowali?

Materia, rozum, konsumpcja i brzuch – to paru ostatnich dekad chuch.

Wcześniej ludzie przeżywali czułość, delikatność, dobroć, dumę, ekstazę, empatię, entuzjazm, eteryczność, euforię, nadzieję, odpowiedzialność, pasję. Miewali cierpliwość, miłosierdzie, pogodę ducha. Wyczuwali cnotliwość, lojalność, łagodność. Doznawali dobrodziejstwa, godności, honoru, ładu, MIŁOŚCI, opieki, osłody, otuchy, pociechy.

Odczuwali bezradność, bezsilność, cierpienie (dobre bo polskie), dyshonor, gorycz, grozę, hańbę, litość, mękę, nieśmiałość, niewolę, ograniczenie, onieśmielenie, opuszczenie.

I to dopiero połowa listy uczuć.

Gdzie my jesteśmy? Wyizolowani ze swoimi laptopami, i – sory – filmami albo wibratorkami?

Uczucia pojawiają się relacjach. Serce żyje pośród innych ludzi.

Kiedyś wspólne przędzenie, sianokosy, czerwone namioty, biesiady, święta, prace, polowania. A dziś smartfonik i wmawianie sobie, że jestem wystarczająca – sama, pełna – sama, szczęśliwa – sama. Taki 1984 czy co tam. Samotność i ułatwiona nami sterowalność.

Owszem, trendi są teraz książeczki dla dzieci z ideologią: zrozum swoje uczucia, emocje, możesz się tak czuć, zawsze jesteś wartościowy. No a jeśli jesteś dziewczyną, to masz pełne prawo skakać w błocie i zostać pilotem.

Ale to pitu-pitu dla dzieci, a w świecie dorosłych na czucie miejsca brak. Zalewa Cię uczucie czy emocja… Nic to. Trza przejść nad tym jak taran, rozjechać to i śmigać dalej ze swoim dniem.

Może na próbę zdecydujesz się przeżyć jeden dzień z Sercem, czuciem i ludźmi?

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Sezon grypowy, czyli palcie w piecach wydawnictwem HarperCollins

Bardzo chciałam o tym temacie w ogóle nie pisać. Bo dla mnie sprawy są proste i oczywiste. I wydaje mi się, że dla każdego takie są. A może nie? Ponoć żyjemy w tych swoich bańkach informacyjnych. I o ile zakładam, że większość z moich Czytelników ma mózgi w porządku, o tyle może jednak nie wszyscy albo może w ogóle się mylę w swoim myśleniu o tym, co Wy myślicie.

W gimnazjum i liceum mieliśmy panią od geografii, która lubiła nam włączać filmy. Na kasecie video. VHS. To było już bliżej 2010 niż 2000. Kiedyś włączyła nam o Antarktydzie. I wyszła do kantorka. Mieliśmy pewnie poczuć klimat kontynentu albo zyskać informacje (albo dać pani czas wolny w czasie pracy, a może czas na sprawdzanie czyichś klasówek).

Lecą lody i pingwiny, blablabla. Aż w pewnym momencie lektor wyskakuje z informacją, że na Antarktydzie znajduje się stacja badawcza, w której nałukowcy z Polski i z ZSRR cośtam cośtam i przyjaźń blablabla.

Mam nadzieję, że na tyle zdrowe mózgowie macie, że rozumiecie, że stacja badawcza nie jest i nie była elementem Antarktydy wartym wspominania, tylko została wstawiona w film o pingwinach w celu ideologicznym.

To samo widzę dzisiaj odnośnie wciskania nam wiary kowidiańskiej.

………

Mąż lubi programy o ludziach, którzy odnawiają stare auta, wyścigach itp.

Włączył. Na Netflixie. Okazuje się, że nie było nic o wyścigach. Przez pierwsze dziesięć minut nakręcano emocje i dramę pt. „jest wajrus, czy twoim zdaniem zawody powinny się odbyć?”, „jak oceniasz zajebistość obostrzeń na lotniskach”, „łojojoj, członek jednej z ekip ma podejrzenie, że ma TO”, „powinni odwołać czy nie powinni odwołać”, „nie rozumiem dlaczego w takiej sytuacji wyścigi się odbywają”, „wiadomość z ostatniej chwili: mechanik jednej z ekip ma TO, czy czekamy na wyniki drugiego tekstu, co teraz?!”, „odbędą – nie odbędą – odwołają – nie odwołają”.

Po paru minutach zarządziłam wyłączenie tego g-wna, bo to jakby dzieciom Jaruzela czy innego Gomułkę puszczać – będąc wolnym człowiekiem. Mąż też stwierdził trzeźwo, że pomimo tytułu i „plakatu” to NIE jest program o wyścigach.

………

Na stronach gov (wchodzę raz na kilka mcy) czytam kolejne tytuły:

– Politechnika Jakaśtam wyprodukowała ileśtam tysięcy przyłbic dla kogośtam

Trzy tygodnie później:

– Przyłbice są już be. Tylko maseczki (ale taka z rossmana z olejem z konopi też przejdzie?)

– Wojsko Połskie wspiera walkę z TYM

Wojsko Polskie akurat jest moim sąsiadem. Nie wiem, co tam i jak wspiera w godzinach urzędowania, ale tu łazi bez maski i nie zachowuje dystansu. Jego dziecko tak samo.

Te komunikaty rządu kupy się nie trzymają. Sami bez pomocy KGB nawet propagandy nie umjo robić. To lepiej dla nas, ale Wy, kochani, nie bądźcie tymi najgłupszymi owcami, które niczego nie widzą.

………

A oto czyste zuo, które rozprowadzajo w biedro i jeszcze każo sobie za to nieźle płacić:

/po foty idź tutej/

To jakbyś osiemdziesiąt lat temu drukował ulotki: „Jesteś małym Żydkiem, dostarcz się już teraz sam do obozu, na pieszo – będzie eko!”.

Kto wolność kocha, HarperCollins omija szerokim łukiem albo pali.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Cała prawda o szkolnictwie [Ranczo]

Ranczo, odcinek 126.

Szybkie wyjaśnienie dla tych, którzy nie znają osób i zdarzeń.

Solejukowa to dobra i niezwykle inteligentna wiejska „kura domowa”, mama szóstki, ale i bizneswoman, która jako dorosła zrobiła maturę, licencjat z filozofii i teraz zaczyna uczyć filozofii w wiejskiej szkole.

Pani dyrektor to osoba, która może i jest w stanie zrozumieć paranoje systemu, ale jednak pozostaje mu wierna, jest na stanowisku i stołka bezwzględnie broni, i stołka bezwzględnie się trzymie.

A teraz wy, dzieci do placówek posyłający, się trzymajcie:

Solejukowa: Ale o co się rozchodzi to ja nie rozumiem całkiem. Źle uczę?

Dyrektorka szkoły: Dobrze pani uczy. Nie mam zastrzeżeń. Ale pani Kaziu. Musi pani wiedzieć, że środowisko nauczycielskie jest bardzo konserwatywne.

Solejukowa: Ale jak konserwatywne może być, jak z młodzieżą pracuje i wiedzę ciągle nową przekazuje? To niemożliwe jest.

Dyrektorka szkoły: Jak niemożliwe? Jaką nową? Nauczy się taka biolożka na studiach na przykład o tym pantofelku i reszcie, i potem tłucze to na każdej lekcji do emerytury. Tak?

Solejukowa: No ale z biologii co rusz nowe odkrycia są.

Dyrektorka szkoły: Odkrycia może i są, ale w programie ich nie ma. I każdy normalny nauczyciel cieszy się z tego, że nie musi się niczego nowego uczyć. Rozumie pani?

Solejukowa: Nijak nie rozumiem. Toż młodzież potrzebuje, żeby jej pokazać, jak…

Dyrektorka szkoły: Pani! Solejukowa! Może pani nie rrozumieć, ale TAK JEST. JASNE?!!

I w dalszej części klasyczne, nauczycielskie:

Dyrektorka szkoły: Cicho! Ja mówię.

KURTYNA

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂