Jest pięknie: Góry we wrześniu (1)

Jeśli jeszcze nie wiesz, dlaczego zamiast posyłać dzieci do przedszkoli i szkół, lepiej jest robić edukację domową, już spieszę z wyjaśnieniem. Odpowiem opisem sytuacji.

Wrzesień. Siódma-ósma rano na osiedlu.

Dzieciaczki sąsiadów idą z plecaczkami do samochodów ze skołowanymi, styranymi ojcami czy tam matkami.

Nasi Chłopcy idą z plecaczkami do samochodu. Sąsiedzi pierwszy raz na oczy takie cuś widzą (że nasi o siódmej rano i z plecaczkami), no ale „dzień dobry” – „dzień dobry”. W pewnej chwili Starszy woła:

– Tato-o! A ten Karpacz to jest dalej niż Zakopane?

Kurtyna.

Tak, chwalę się. Tak, wybywam z dziećmi na dużo dni we wrześniu, zaraz po rozpoczęciu pierwszej klasy przez Starszego. Tak, robię to ostentacyjnie. Tak, kocham to. Jeden chwali się nowym płaszczem czy samochodem, a ja swobodą jeżdżenia z rodziną dokąd chcę, kiedy chcę.

Dodajmy, że w turystycznych miejscach ceny poza sezonem są niższe, tłumy w ciekawych miejscach mocno rozrzedzone, a chodzenie po górach przy lipcowym +32 z siedmioma litrami wody w plecaku raczej nie sprawiłoby mi takiej frajdy jak słoneczny +21 wrzesień.

No to czas na fotorelację.

Kiedy gdzieś jedziesz, to po przyjeździe zobacz, gdzie dotarłaś. Spacer z rozeznaniem okolicy.

Lubię mur pruski – budynki z widocznymi drewnianymi belkami. Znajdziesz je wszędzie, gdzie byli Niemcy. Śląsk, Mazury…

Trafiłam na nocleg przy ulicy, która cała była wysadzona gęsto wysokimi dębami. Na trzecim piętrze się nie kończyły. Sięgałyby spokojnie do piątego, gdyby takie tu było. W każdym bądź razie było mi z nimi cudownie, pięknie, magiczne. Dęby to ważne drzewa. Jedne z najmocniejszych na naszych terenach, no i symbol męskości.

Siadywałam sobie wśród nich na tym trzecim piętrze.

Takie architektoniczne, drewniane cuda też lubię, o ile zadbane. A lubię, bo kojarzą mi się z wyjazdami w dzieciństwie.

Jak to było, że kiedyś ludzi było stać na te wieżyczki, rzeźbione esy-floresy, dłubanki w drewnie, a dzisiaj płaska ściana z chorobotwórczych materiałów i kosztuje miliony?

Dobra, doszlimy do Przyrody:

Strój obowiązujący mnie w górach. Odpowiednie buty i spódnica. Tylko na jednej wycieczce byłam w spodniach. Polecam. Wygodnie, nie obciera, nie klei się, nie poci, a siusiając w krzakach nie świecisz gołym tyłkiem 😉

Jeziorko głęboko w górach – to zawsze jest urocze. Można by tam rozmyślać, medytować i czyścić głowę z głupot, powrócić do naturalnego oprogramowania. Gdyby człowiek mógł tam być sam lub prawie sam.

Jakbym była królową, to tu bym kazała sobie tron i bazę wybudować. Cały świat mój, cały przede mną jak na dłoni.

To miasto daje w kość. Przyzwyczajona do płaskiego Zakopanego nie sądziłam, że jakieś sensowne miasto może być położone na zboczach do tego stopnia, że przejście trzech kilometrów może męczyć bardziej niż cała wielka wycieczka po górach.

Znajdź żabę.

Tam w górach dzieją się jakieś cuda. Mieliśmy „dzień żab”, kiedy to widziałam tych stworzeń parę razy więcej niż wszystkich do tej pory w moim życiu. I to nie żaby przy wodzie. To były żaby w lesie w górach. Co chwilę coś zauważaliśmy, coś przed nami odskakiwało – i na ścieżce przy kałuży i na runie leśnym, na całej podłodze lasu że tak powiem. Skąd to, dlaczego tak?

cdn.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Jak matka w edukacji domowej świętuje Dzień Nauczyciela albo koszty edukacji domowej

Kończy się Dzień Edukacji Narodowej, czyli po normalnemu: dzień nauczyciela. Pewnie bym się nie zorientowała, bo ani szkoły, ani mediów z informacjami na co dzień nie używam. Ale akurat wypożyczyliśmy jakiś Rok z księdzem Twardowskim dla dzieci, co by się Starszy obeznał z tematyką okołoreligijną. I akurat ten Starszy trzynastego zwrócił mi uwagę, że jutro (czyli czternastego) jest tam coś napisane, i że edukacja.

Jako kobita normalna, której dziecko ma zdać egzaminy, w dzień powszedni siadłam jak co dzień (prócz sobót i niedziel) po śniadaniu do lekcji. Młodszy też przychodzi, bo ile pięciolatek może wytrzymać sam, kiedy inni ludzię robią coś… może ciekawego?

Cóż, w dniu edukacji takiej czy owakiej, uczniów i nauczycieli zalaliśmy lekcję angielskiego sowitym kubkiem kawy, całkiem pełnym. No matka naiwnie postawiła przy kompie, a dziecko w odruchu radości z kojarzenia tego, co płyta mówi w języku obcym, chciało wskazać palcem w podręczniku… Najwięcej objętości kawy poszło na komputer (z płytą w środku…), namoknięty zeszyt poszedł do śmietnika, a podręcznik lekko muśnięty poszedł do szybkiej reanimacji – może nie zostanie uznany przez władze oświatowe za zniszczony. Ani płyta. Była sucha, bo fala szła całą mocą w przeciwną stronę.

Także półtora miesiąca w szkołę domową – mamy komputer do kupienia. Dobrze, że trafiło na najgorszy i najtańszy, jaki mamy / mieliśmy 🙂

Najgłębiej zapadająca nauka to ta na własnym doświadczeniu. Przez dłuższy czas będą u nas pustsze stoły i niemal do zera ograniczone spożywanie pokarmów stałych i napojów poza kuchnią. A na pewno zakaz kubków w okolicy elektroniki. I książek.

Wspominałam, że stół dostał, rozkładałam go, suszyłam, podłogę z kawki myłam, a obrus schnie z wciąż wklejonymi w siebie fusami?

Żeby zabrać emocje poszliśmy na 2,5-godzinny spacer.

A że jestem upartym i trzymającym się pewnych założeń babskiem, to i angielski dokończyliśmy. Po obiedzie.

Także uważajcie na płyny, jeśli macie dzieci.

Ciekawe, jak osoba, grzebiąca ludziom w podświadomości, typu pan Freud, zinterpretowałaby to, że w Święto Systemu Programowania Obywateli kobieta, która nie przepada za miastem-masą-maszyną ani za państwowym nadzorem nad życiami ludzi, z pomocą dziecka zniszczyła dużą elektronikę i trochę papieru, służącego przymusowej nauce języka obcego.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

„Lato leśnych ludzi” – cytaty

Maria Rodziewiczówna, „Lato leśnych ludzi”

Pochwalony bądź, Panie, coś te cuda uczynił. Pochwalony bądź i błogosławiony głosami i sercami nas tu wszystkich, w boru żyjących. Dzięki Ci, Panie, za to niebo pogodne, za dzień słoneczny, za zieleń drzew, za ten wieczór, za życie! Święci się Imię Twoje w tej ptasiej pieśni i w naszej duszy, ku Tobie otwartej, jako te ptaki i kwiaty; i Królestwem Twym niech będzie ten zakątek, a wolę Twą uszanujemy, jako ją szanuje wszelkie stworzenie, uznając Twą mądrość, moc i miłość. I ufni jesteśmy, że jako mrówce i kwiatom, tak i nam pożywienie zgotuje słoneczny dzień jutrzejszy na Twe rozporządzenie. A winom naszym wybaczaj, Panie, bośmy przed Tobą głupi i mali i przeto grzeszni!

A nie daj nam, Panie, złą myślą lub czynem zakłócić tego bezludzia, gdzie rządzi Twoje tylko przedwieczne prawo i ład, i zachowaj nas, Ojcze, jako robaczka w dłoni, bezpiecznie!

Zostawili Kubę na gospodarstwie, i poszli. Bór, deszczem skąpany, jak czar, był cudny. Stawali chwilami, i brali w siebie piękno wiosennego rozkwitu oczami, uszami, całą piersią i byli skupieni majestatem arcydzieł.

[Czyli wcale nie czeba płacić i palić paliw, latając do aśramów w Jindiach, żeby trenować skupianie się na tu-i-teraz].

I jeszcze dialog po złowieniu wielkiego suma:

– A obejrzyj, czy ma w sobie but żandarma!

– Jak to?

– Odrowąż dowodzi, że taki wielki to ludojad i specjalnie żywi się żandarmami.

– To może lepiej puścić go do jeziora z powrotem, kiedy taki zacny uprawia proceder.

Wartościowe myśli z tej samej książki podawałam już tutaj.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Kupowanie rzeczy dzieciom

„Zrodzi się w tobie pragnienie przyniesienia niemowlęciu jakiejś bezsensownej grzechotki, lecz ona jemu absolutnie nie jest potrzebna. Ona jest potrzebna tobie dla własnej satysfakcji: Jaki jestem dobry, troskliwy„.

Władimir Merge, Anastazja. Tom 3

Pasuje mi to nie tylko do niemowląt. Dziecko poza jedzeniem, ubraniem i domem potrzebuje miłości, czasu, uwagi, przewodnika po życiu i świecie.

Jeśli pojawisz się raz na długi czas i zarzucisz plastikiem, to wciąż nie istniejesz jako osoba w życiu tych dzieci.

Aby istnieć w życiu dzieci, musisz dawać z siebie. Regularnie. Cierpliwość, uwagę. Dawać odpowiedzi na pytania. Nakierowywać. Przytulać się. Słuchać niestworzonych historii lub samemu je opowiadać. Umieć przejść przez momenty marud, niezadowolenia, nerwów. Bez nerwów. Nie znieczulając hipnozą ekranów. Nie przykrywając złego samopoczucia słodyczem. Być razem albo blisko, z szacunkiem, kiedy jest trudno i kiedy jest dobrze.

Grzechotka jest tu nie na temat, jeśli zależy Ci na dziecku. A jeśli jesteś tylko typem grzechotki to daj se spokój, nie ciągnij przedstawienia.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Bądź z rodu leśnego

Nasze dzieci dorosły właśnie do wieku, w którym potrafią śledzić akcje książek, których czytanie i mnie sprawia frajdę. Najlepszymi książkami wydają mi się te wszystkie, opisujące „chłopakowe przygody”. Stare książki, gdzie bohaterem staje się człowiek. Odważny, mądry, inteligentny, umiejętny w relacjach z innymi itp. Dużo błota, dużo krzaków, brudu, śmiechu i ważnych choć dziecięcych spraw. Skupienie, wytrwałość, pewna doza dyscypliny. Dobroć zwykła, ludzka. Zwycięstwo sprawiedliwości, uczciwości, dobroci.

O miłośnikach przyrody, Maria Rodziewiczówna, „Lato leśnych ludzi”, 1920:

„Gdy wychodzą wieczorem dzienniki z ostatnimi depeszami wojny, skandalicznego procesu, sensacyjnego mordu, a ktoś nie bierze do rąk gazety, ale przypatruje się z uśmiechem sadowieniu się wróbli na nocleg, z rodu leśnego jest”. [tłum. na 2020: Gdy wychodzą 24h na dobę informacje z ostatnimi depeszami wojny, skandalicznego procesu, sensacyjnego mordu, a ktoś nie włącza tiwi i nie bierze do rąk smartfona, ale przypatruje się z uśmiechem sadowieniu się wróbli na nocleg, z rodu leśnego jest].

I dalej, już w trakcie przygód trzech mężczyzn, którzy lato spędzali w lesie, żyjąc w bliskości z naturą:

„- Zapomniałem zapisać na kartce, żeby zabrał gazety! – syknął Żuraw.

– Nie troskaj się! I tak nie zabierze! Kto by i kiedy tu czytał! Bardzo nam potrzebne wiadomości o rewolucji w Meksyku, o zamieszaniu na Bałkanach, o kursie pieniędzy lub o trzęsieniu ziemi w Kalabrii. Daleko ciekawsze, czy nasze pszczoły wychowają matkę z tego czerwiu, cośmy im dali; czy dudek zajmie skrzynkę, czy wyszły z wody kładki do Odrowąża i czy znajdę gniazdo bąka lub remiza, a chociażby czarnego bociana, bo nam tego brak do kolekcji. Wiesz, popłyńmy pod tę olchę – może się sum trafi!”

Polecam ten styl życia, to przykładanie wag do spraw dużych, wiecznych, prawdziwych – drzew, lasów, ptaków, słońca, ziemi.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Klub Zdrowo Zacofanych

To pogrubione jest o moim życiu, stylu życia, podejściu do życia. Póki co wiem, że mam to jedno życie i wciąż stać mnie, by żyć moralnie, by nie sprzedawać i nie deptać wartości – nie tylko moich, ale tych z natury ludzkich.

Łoto i dobry rap:

Możesz mi mówić, że jestem zacofany,

bo nie jest dla mnie miarą

zdrowia i męstwa

bycie dobrze przystosowanym

do głęboko chorego społeczeństwa.

Niejednemu wbili p-k-b w d-u-p

i reżim sanitarny jak dla kurzej farmy.

Dla mnie jedyny pewny bank to b-ó-g,

a jedyny reżim to reżim moralny.”

Z utworu „Łańcuch życia„. Inne utwory tych autorów też są godne uwagi.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Co „na tak”?

Wiedzieć, czego się nie chce, to dużo. Uznać, że nie chcemy łapać wszystkiego. I w sklepie, i w życiu. Ale wiedzieć, czego się chce – to dla niektórych trudniejsze. A istotne!

Sama przez lata orientowałam się, jaką drogą iść na pewno nie chcę. Teraz zaczynam określać tą moją i nią kroczyć.

Może jestem niedzisiejsza, ale chcę świata, życia, o którym… nawet w szkołach i kościołach nas uczono. Te programy nie są jednak takie do końca durne 😉

Chcę świata, życia, społeczności, codzienności, w których zachowuje się najprostsze, najbardziej podstawowe i ogólne zasady czy wartości, takie jak uczciwość, sprawiedliwość, życzliwość, dobroć, spostrzeganie drugiego człowieka, pomoc słabszym, honor, prywatność-intymność… Czy nie o tym jest połowa lektur na polskim i większość historii – czy nie to właśnie miały ludowi wpoić?

Jadąc z tym dalej na poziom zaawansowany dodałabym docenianie łagodności, cichości, skromności, pokory, służby… Unikanie brzydkich słów, mowę jako srebro, milczenie jako złoto.

Tak zejść z seriali, fejsbuków, nabudowanych struktur, metod, trików i procedur, które prowadzą w ślepe ulice.

Wrócić do tego, by tak po prostu patrzeć na drugiego człowieka jako na człowieka – istotę czującą. By dobrze wypełniać swoje zadania, obowiązki wobec siebie i innych. By być dobrym, przyjaznym.

Niedzisiejsze to może, ale potrzebne, dobre i działa. Sprawdzone już w przeszłości. Taka podstawa, baza, fundament – nie budujmy dalej, wyżej bez tego, bo nic z tego nie wyjdzie.

To o codziennej postawie wśród ludzi i w domu.

A poza tym – co robić w życiu?

Czy chodzisz po krzakach?

Ile gwiazd spadających doświadczyłaś tego lata?

Trafiłaś na jagody, jeżyny i maliny w lesie?

Widziałaś wiewiórkę?

Zrobiłaś herbatę do termosa?

Zdjęłaś okulary przeciwsłoneczne i biustonosz?

Spacerowałaś w deszczu?

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Kisimy ogórki

Lipiec to zdaje się najlepszy czas na kiszenie ogórków. Robisz to? Mnie jako samodzielnej pani domu zdarzyło się to drugi raz w życiu.

Po co kisić ogórki?

Jedzeniowo i ekonomicznie to kompletnie bez sensu! Ogórkiem się nie najesz. Zero kalorii. Sama woda. Niby tam jakieś probiotyki na jelita, by lepiej trawić inne rośliny. Ale co się nakupujesz, co się narobisz, a w sklepie słoik ogórków po 6 zł – domowe się nie opłaca. Fizycznie, materialnie nie.

ALE. U mnie jest to element filozofii „gospodyni w bloku„. To taka druga idea, która wychodzi mi teraz na pierwszy plan, obok idei „życia lokalnego”.

Otóż marzę o osobistym obserwowaniu, jak ziemia mi rodzi. Marzę o jak najdalej idącej samodzielności, niezależności (nie od Męża, a od Dżefa, Marka, Billa i innych takich). Najchętniej to bym świnie własne miała na karczek i boczuś – ale to w Polszy nielegalne. Czy wiesz, że w Polszy nie masz prawa świni słońca pokazać? – Musi być całe życie w budynku. Parę lat temu bez wielkich cyrków można było mieć sobie jeno kury i króliki – do pewnej liczby – nie wiem, jak dziś.

Cóż, ziemi jeszcze nie uprawiam, ale chcę pokazać (Wszechświatowi?), żem gotowa. Że dam radę. Chcę też nie zgnuśnieć i nie zasnąć z Netflixem, jak tylu miastowych ludzi teraz ma w zwyczaju. Tracą czujność, nie chce im się, nie robią, nie chcą, nie widzą sensu, perspektyw. No to nowy ciuch z Internetu, gotowe żareło, social media, serialik i… i tyle.

Także ja zakasuję rękawy i robię rzeczy własnymi rękami. Choćby te ogórki nie do końca miały sens. Trenuję się. Do tego sprzątam dom, gotuję obiady, podziwiam koniki polne, od zimy mam sześć roślin, z których nawet bananowca nie uśmierciłam oraz dłubię w kwiatach balkonowych. I te ogórki.

Jak przyjdzie dla mnie czas gospodarzenia, to będę wtrybiona 🙂

No i polecam. Żeby nie zgnuśnieć i nie uzależnić się w 100% od producentów dżemików, bo sama nie umiesz rzucić na patelnię, dosypać cukru i pomieszać.

[Tu w pełnej wersji bloga następują zdjęcia, zapraszam 🙂 ]

Jak widać, w celu zrobienia ogórków nie idę do sklepu po zestaw słoików. Mam je po miodzie, ogórkach konserwowych, śledziach itp. Ekologicznie, ekonomicznie.

Przepis ze strony Kwestia Smaku. Wypróbowany już – ogórki wychodzą w porządku, choć nie jakieś niebiańskie. W tym roku dodałam jeszcze gorczycy.

Dodałam już po zalaniu i zamknięciu pierwszych słoików. Jeszcze może i rok temu popadłabym w popłoch i zdenerwowała się mocno z tego powodu. Zamknęłam słoiki bez jednego składnika. Dzisiaj mam luz. Wyjdą dobre. A nawet jeśliby nie wyszły – to nie jest warte moich nerwów i spięcia.

Żeby położyć gorące słoje na blacie nie nabywałam odpowiednich podkładek od marki trendi influenserki po 700 zł za sztukę. Postawiłam je na kocyku dziecięcym, który ma siedem lat i jest jedynym kocykiem dziecięcym, jakiego używaliśmy (ok, jeszcze rożek był – obydwa służą teraz w aucie, by fotelikowi Młodszego zrobić bardziej pochyloną pozycję). #minimalizm

No i miałam motywację do wzięcia się w końcu za uporządkowanie piwnicy.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Rodziny nie da się zastąpić. Ani podrobić. Dbaj o swoją. Jedyną, unikalną

Próbowali. Od Jezusa, przez Marksa, Stalina, komunistów, fanów Osho, twórców różnorakich komun i eko-wiosek po dzisiejszych urzędasów w oenzetu, unii jewropejskiej i eko-wegan. Próbowali przełożyć to, co dzieje się w rodzinie na całość ludzkości. Próbowali zrobić z ludzkości jedną rodzinę.

W rodzinie panuje socjalizm. Kto z jakiegoś powodu niesprawny – dostaje wikt ęd opierunek za free. Dzieci, starcy, chorusy, matki z małymi bejbikami. Ktoś bliski, dobry, kochający opiekuje się nimi. Jednemu zależy na drugim. Z wza-jem-no-ścią.

Chodzili po tej ziemi ludzie, którzy zapatrzyli się w ideał… A jak mówił Platon, ideały istnieją w świecie idei. A my w świecie cieni jednak. W innym.

Jednostki w ideał zapatrzone chciały właśnie, by ludzkość jedną rodziną… Ale praktyka pokazała, że tak nie będzie. To nie działa. Przestańmy może więc próbować i zadbajmy o te nasze prawdziwe rodziny: małżonka, dzieci, rodziców, teściów, rodzeństwo i starajmy się o utrzymanie kontaktu z wujostwami, kuzynostwami…

Przykład?

Komuniści-idealiści czy tam inni weganie stawiają w Wwie lodówki. Czego nagotowałaś lub nakupowałaś za dużo, a może nagle wypadł Ci wyjazd (albo nie umiesz się planować 😛 ) i zostaje w lodówce coś, co nie poleży – wkładasz to do komunalnych lodówek, takich eko, napędzanych chuchem jednorożca i korzonkami rosnącej trawy. I w założeniu z tego jedzenia korzystają potrzebujący – w ilości, jaką w tej chwili potrzebują.

Oczywiście ludzie w społeczeństwie są różni albo są jacy są. Z lodówek wyciągają i Ci, którzy mogliby sobie sami kupić, i ci, którzy wyjmą z lodówy wszystko zamiast w postawie wdzięczności przyjąć tyle, ile potrzebują te-raz.

Podejmowano wiele podobnych prób. Z obcych osób, chowanych w różnych dziwnych nie-kulturach – bo każdy dom to inny obyczaj, bo dbania o cudze czy wspólne mało kto uczy czy praktykuje, bo rodzice nie wychowują, skoro jest szkoła, a szkoła nie wychowuje, bo po co państwu szlachetni ludzie z wartościami itd. … A więc z obcych osób, chowanych w różnych dziwnych nie-kulturach – rodziny, wspólnoty ludzi, odnoszących się do siebie przede wszystkim z dobrocią, troską, miłością – nie zrobisz.

Wsadź ideały do kieszeni albo między karty książki. I idź ukochiwać swoich ludzi. Bo tylko od nich możesz liczyć na miłość, na wzajemność, na troskę, na to, że Cię dostrzegą, gdy będziesz potrzebująca. Praktyka pokazała, że na obcych można liczyć… w niewielkim procencie.

Ot, lekarze, którzy dwa lata temu wyśmiewali ludzi, szukających diagnozy online, ze zdjęć, z opisu objawów, sami teraz wystawili się do nas plecami i robią onlajnowe diagnozy ze zdjęć i opisów. Czy to nazwiesz, że możemy na nich liczyć?

A że bez rodziny, bez kontaktów z drugim człowiekiem ludzie wariują, chorują, deprechują, słabną i zaczynają być podatni na wszystko i na cokolwiek – to chyba umiesz zaobserwować albo wydumać ciągiem przyczynowo-skutkowym.

Idź, już, ukochiwać Swoich Ludzi. Budować ich, wspierać, wzmacniać, żeby kiedyś oni wzmocnili Ciebie.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂