znaczenie wielkanocy

Wielkanoc – możesz nie rozumieć (bo i nikt nam nie wytłumaczył)

Powiedz mi, czy wiesz, o co chodzi w Wielkanocy? Ale tak serio, czy rozumiesz, czy Ci się to odbija w Twoim normalnym życiu, czy pojmujesz to tak wspaniale, jak to, że kiedy zrobisz przeciąg, mogą trzasnąć drzwi lub okna?

Ja myślę, że niemal sto procent z nas tego nie rozumie. Księża utrudniają sprawę, robiąc zasłonę dymnę, szczelając do nas jak z procy słowami, modlitwami, kazaniami i przedszkolnymi katechezami. Tylko te kazania niczego nie wnoszą do naszego zrozumienia.

Wielkanoc – tajemnica i tak ma być? Dobra, niech na chwilę pozostanie tajemnicą, bo tak.

To pojedźmy z Adamem i Ewą. Czy tę historię chociaż kumasz? Tłumaczo od tysięcy lat przeca chłopy w sukienkach. Kumasz?

Przez sześć lat (gimnazjum i liceum) chodziłam do szkoły katolickiej, takiej, w której czwartkowe/piątkowe msze i rekolekcje (z kazaniem) były obowiązkowe, a lekcje religii były traktowane równie poważnie jak nauka geografii: były sprawdziany, odpytywanie, zeszyty, tematy, notatki i tabelki. Kończąc szkołę, mieliśmy po 19 lat, więc mogli już kuźwa nie mówić do nas jak do debili (zasłoną dymną) lub przedszkolaków.

Ale tak było.

Nikt nie wyjaśnił mi, co symbolizuje historia grzechu Adama i Ewy. (Nie wiem nawet… yyy… czym jest grzech. Nie wiem.)

Bo chyba nie wierzymy, że chodziło (tylko) o jakiegoś prehistorycznego chłopa i babkę, którzy łazili po ogrodzie.

Tego typu stare opowieści są wielkimi alegoriami. Pewnie to mówi jakąś prawdę o czymś, co dzieje się w naszej psychice głęboko. Lub czego doświadczamy w trakcie życia.

Ale nikt nie wyjaśnia o co kaman, chociaż historyjkę tę klepie się co i rusz!

Co to mówi o ludzkiej psychice, o ludzkim doświadczeniu?! Co?!

Że spaceruję sobie z Bogiem zuerst, a on mi daje jeden zakaz i ja się na nim fiksuję, bo zauważyłam, że dziad mi ogranicza dostęp do… wiedzy… do nieograniczenia… do prawdy… do równości z nim… do otwartych oczu… do nieograniczonych zmysłów, kiedy dziad dał nam ograniczone?

O. Co. Kam. An. w tej historii?

Także jeśli nie rozumiemy prostej historii o jabłuszku i dwóch ludkach (a gwarantuję Wam, że my dzisiaj nie rozumiemy nawet klepanej tu i tam bajeczki o dziewczynce z zapałkami i innych baśni), to jak mamy rozumieć to, że przyszedł jakiś gość do macicy, ponoć bez plemnika ziemskiego, ponoć bez tego nieodgadnionego grzechu pierworodnego…

Aha, księża drodzy. Ja poczynałam, i nosiłam w brzuchu, i rodziłam dwójkę dzieci. I gwa-ran-tu-ję wam, że urodziłam ich bez żadnego grzechu!! Łodafak się nam wmawia?!

Także, przyszedł gość bez pomocy plemnika do macicy, bez grzecha niepopełnionego (jak moje chłopaki!) i w młodym wieku doprowadził się do bycia zabitym, czego sporo ludzi podobnie jak on się zachowujących wówczas doświadczało… No i niby przez to, że się do bycia zabitym doprowadził, to grzech pierworodny (którego nykt nie rosume) i inne nasze grzechy (wtf are grzechy?!) zostały… utlenione?

Któż to rozumie? Że jakiś facet musiał młodo, bezdzietnie umierać, bo to niby ludzkości coś poprawić miało całej… ale nie poprawiło, bo nadal grzechy robimy (które z góry już są utlenione), nadal księża pierdzielą o skutkach grzechu pierworodnego (może Dżisas jednak nie przyszedł i nie zmazał?), nadal tak samo jesteśmy pioneczkami, którym bozia dała ograniczone zmysły, że bozi nie ograniamy, i nadal i tak jesteśmy przeznaczeni do zdechnięcia w cierpieniu i niewiedzy jak psy.

A po co zjadać Boga skoro już w nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy? Skoro nim oddychamy, to go i we środku mamy…? Po co dodatkowo suplementować?

Powiedz, że kościół tłumaczy przecież.

Tak, oni mówią wyrazy. Że grzech, że zbawienie, że przez krzyż, że śmierć, że zgładził, że do piekieł zeszedł…

Ale w tym całym nauczaniu (przynajmniej w kwestii mówienia do zwykłych ludzi – może na uniwersytetach we Włoszech sobie co innego gadają) nie ma wyjaśnienia. Nikt nie mówi do nas normalnymi słowami, normalnymi obrazami, nie łączy tego zgładził, tego zmartwychwstał z życiem, którego na ziemi doświadczamy.

Księża bełkoczą dokładnie tak, jakbym ja czterolatkowi na pytanie A co to jest prezydent?, odpowiedziała: urząd państwowy.

Chłopak może pokiwać głową i potulnie odejść – dostał wszak odpowiedź. Zrobi tak, jeśli się matki boi i wie, że nie ma co liczyć na takie wyjaśnienie, które mu wyjaśni.

Bo chłopak nie wie, nie rozumie ani co urząd, ani co państwowy, ani co prezydent.

Na studiach mnie uczyly, że to się nazywa definiowaniem nieznanego przez nieznane i to jest ogromny błąd i debilizm. I jako takie jest niedopuszczalne wśród ludzi wykształcenie posiadających.

Jak dla mnie, Bóg, czymkolwiek by nie był, jest tak odmienną od naszej rzeczywistością, a może raczej tak poszerzoną w stosunku do naszych ograniczonych zmysłów (kocha nas, a dał ograniczone zmysły, oł yeah, praise the logic), że my nie możemy go poznać. Nie możemy o nim w pełni opowiedzieć. Nie możemy o nim opowiedzieć z pewnością, że nasza opowieść jest 100% prawdą.

Więc, apeluję, ludziska. Albo żądajcie, żeby księdze zaczęły do nas mówić normalnymi słowami i wyjaśniły, skoro niby najlepiej i w jedynie słuszny sposób kumajo prawdę.

Albo przestańcie ich pytać o Boga i słuchać w kwestii Boga. Bo czas pierdzielenia dyrdymałów do ciemnego ludu się skończył. Wciąż jesteśmy ciemni, ale nie aż tak.

Jeśli nie rozumiesz Wielkanocy – przybij piątkę.

Tak czy inaczej, życzę Wam przyjemnej niedzieli i przyjemnego poniedziałku, smacznego jedzenia, dużo tłuszczów odzwierzęcych, miłych rozmów i pięknej, ciepłej, słonecznej, bujnej wiosny. (Zakładam, że przyjemna niedziela i bujna wiosna są dla odbiorców mych słów zrozumiałe, proste i mają się jakoś do ich życiowych doświadczeń).

Love.


Jeśli lubisz moje teksty, zapisz się na otrzymywanie info o nowych na maila.
A jeśli uwielbiasz moje teksty, kup mi ciastko.