patologie zarabiania na blogach, czym jest influencer w polsce

Wszystkie patologie zarabiania na blogach w jednym artykule

To jest tekst, który powstaje już od lutego. Co jakiś czas dopisywałam tu kolejne obserwacje. Nie będę ich uładzać i ugładzać, bo i czasu szkoda, i taka grzeczna układność mogłaby wyjałowić poszczególne argumenty z ich oryginalnej mocy. Także nie zdziwcie się, jeśli coś się tu powtarza tylko w różnej formie lub jeśli ten tekst ma pięć zakończeń z mocnymi pytaniami retorycznymi. Rósł i się rozrósł. A na początku zatytułowany był:

O rety co się porobiło. Autentyczność i płaćmy wreszcie za treści w necie

Jest luty. Po paru miesiącach oderwania się od śledzenia polskich blogów, po zrezygnowaniu z Insta, który przez stories wciągnął mnie na jakiś miesiąc około grudnia, zajrzałam na popularne, rozrywkowe, matkowe blogi, które czasem odwiedzałam.

Co dostrzegam po tej przerwie, po tym wielotygodniowym oderwaniu się od stories-streamingu? Mało treści, większość to reklamy, fałszywe informacje pisane byle pasowało reklamodawcom, mało własnego czegokolwiek, wciskanie ludziom szkodliwego kitu pod dyktando innych, firmowanie tego swoją twarzą. Tym jest wiele ładnych i wesołych blogów matek.

I kolejny sklep z kubkami, bo dziewczyna chce inaczej brać hajs za swoje treści niż od producentów cukierków. Szuka swojej drogi. Tylko czy sprzedawanie czegoś, czego nikt nie potrzebuje… to jest TO? Przecież ona teraz, żeby sklep działał i przynosił dochody (wcześniej cukierki płaciły dużo), będzie musiała skupić się na promowaniu sklepu, na pakowaniu niepotrzebnych rzeczy, a nie na pisaniu artykułów.

Twórcy treści i stron nie zaczęli ich tworzyć żeby nam coś sprzedawać. (Ok, bywają i tacy). Ale po czasie to robią.

Jest problem.

Może te osoby mogłyby wciąż nieść wartościowe oryginalne autentyczne treści ale „źle” skręciły, wybierając model brania hajsu za swe pisanie?

Jest Patreon – portal, na którym twórcy mogą zbierać pieniądze od swojej publiczności. Napiwki tak zwane albo i coś więcej. Są donejty przez PayPal. Możliwe różne subskrypcje.

W ten sposób, od swojej publiczności, pieniądze na czy za swoją działalność zbierają m.in. Katarzyna i Max. I niech będą niezależni na ile się da od producentów materacy, płatków śniadaniowych. Niech nie muszą drugim etatem i dwudziestą piątą godziną w dobie zasilać swojego mądrego gadania do ludzi – niech im się to zwraca, bo robią dobrą robotę.

Szanujcie swoich twórców. Bo taki jutub ich „szanuje”. To znaczy on bierze coś od producenta materacy, coś daje juduperowi. I przez te materace oraz przez algorytmy jutuba skręcają ludzie w dziwne kierunki, nie dla czytelników korzystne, tylko dla sprzedaży, sprzedaży reklam, nagle powstają treści naciągane, nieraz szkodliwe.

Szanujcie swoich twórców, tak jak już kochacie Gonciarza czy Languste jako ich wspieracze na Patronite.

Jeśli ich publika ich nie wesprze, zabraknie ich: zmienią się nie do poznania albo się ulotnią. Zostaną tylko upudrowane maskotki reklamowe. Prezenterki jak w tv tyle, że jeszcze udające, że grają według własnego, a nie zewnętrznego scenariusza. Udające. Sztuczne. Kit wciskające.

Teraz w zarabiającej blogosferze trudno o rozróżnienie reklamy od informacji i opinii. Niuńcia po prostu pisze, że produkt X zmienił jej życie, bo ma za to fajny hajs.

Dwie z blogerek, do których zaglądałam, nazwały swe teksty niemal identycznie, że kolejny prądożerny plastik w chałupie, o wymiarach pralki, to najlepiej wydane pieniądze ever w ich życiu. Co za kłamstwo. I co za zbieg okoliczności z tytułami.

I nie po to blogerki piszą o ziroł łejście, żebyście potem kubki ze śmiesznymi napisami pocztą zamawiali, z pudełkiem i folią bąbelkową.

Ot, od wczoraj jedna matka-blogerka kwiczy na stories, że upały znad Afryki, i śmietniska, i nasza planeta zdechnie. Czy z powodu otrzymania tych informacji przestanie reklamować kosmetyki w plastikowych tubach i kupowanie puszek jakichś proszków, bo źle je i musi się suplementować? Wątpię, żeby przerwała te współprace. Szczególnie, że jej reakcją na zdychanie planety jest postanowienie, że – uwaga, trzymajcie się – teraz raz w miesiącu będzie kupowała coś, co pomoże planecie. WoDaFak? Ludziska, powtórzę: planecie służy niezużywanie jej zasobów, czyli nieprodukowanie i niekupowanie – nietworzenie popytu. No ale szkoła albo nie nauczyła zdrowego myślenia, albo nie zbudowała pewności siebie, i teraz budujesz ją sobie tym, jakie szmaty nosisz. Więc blogerka dała skrina, że kupiła online dla planety (tektura, folia, taśma, klej i plastikowe karteczki kurierów, i benzyna już pomagają planecie jak zamawiasz z przesyłką), moi drodzy, kupiła woreczki wielorazowe na zakupy za kwotę stu złotych. I ona tak będzie co miesiąc. Kupowała. Dla planety.

Wiesz, widzisz fotkę wzruszającą z niedźwiedziem polarnym na wysypisku, więc kupujesz koszulkę, zapakowaną w folię, z napisem niedźwiedzie polarne, love, love. I robisz dla planety. Sory, ale Insta to patologia, a umysły tych dziuń to szkoda gadać. Gdzie one się życia uczyły? Kto ich uczył? Ano nikt! Matki w pracy się rozwijały albo na manikiurze dbały o siebie i się dzieci same wychowały.

Przejrzyjcie ludziska na oczy, wskroś przez ten dym reklam i szit-produktów.

Weźcie przestańcie kupować. Na blogu o minimalizmie jesteście. Naprawdę nie potrzebujesz wiele poza jedzeniem, wodą, dachem, ścianami, ciepłem, ubraniem i wodą do mycia. I relacjami.

Nie wiem jak wy, ale ja pokochałam Internet za ludzi nieschematycznych. Za wariatów. Za minimalistów, za bezfluorowców, za unschoolingowców, za żrących tylko mięso. Za nonkomformistów. Za otwarte głowy. Za w wolności myślących, obserwujących i własne wnioski wyciągających. Za Programistę na Wakacjach i Sebastiana z Florydy, których filmów już nie zobaczycie (update czerwiec: Programista przywrócił swoje filmy, a Sebastian nagrywa trochę nowych, starych nie ma). Za panią Hanię która podziękowała systemowi medycznemu i zamiast przez pół roku czekać na śmierć w szpitalu, dwa czy trzy lata jeszcze jeździła z mężem kamperem po pięknej Australii opowiadając o pięknie życia.

Ja wiem, że Polak nauczony, że za darmo i mu się należy, i kij wie co jeszcze. I rabat (stolica Maroko).

A dolarek lub dwa za kilka-kilkanaście materiałów w miesiącu? Nie stać? To naprawdę tylko dolar! 12 w roku to tyle co jedna drukowana książka, co trzy kawy w kawiarni. Dałbyś radę. (Panimajutecie, że w US duża kawa w Starbucksie kosztuje CZTERY dolce? Dla nich to jak 4 pln dla nas.)

Tylko my nie będziemy ssać twórców, ich darmowej dobrej treści forever.

Masz to już, widzisz: Albo reklamy co dwa akapity w tekście. Albo wciskanie przepisów na soki. Albo co trzeci tylko tekst jest nie-reklamowy i on już nie ma tej boskości co teksty tej osoby z jej początków. Bo się biedaczka ponaciągać musiała przy reklamach suszarek i już mózg wypłukany. Albo kupuj te jej koszulki, kubki i nalepki. Tylko ona znów połowę energii włoży w promocję swych logowanych rzeczy, nie w treść swą oryginalną, za którą pokochałaś ją.

Inni trąbią o Patreonie siedem razy na jednej stronie, bo lud ciemny do wspierania zmuszać trzeba.

Albo zmieniamy mentalność. Albo zostaniemy z pimpami naginającymi się i z lepszym lub gorszym skutkiem próbującymi sprzedawać nam co im się – nie nam – opłaca.

Sprawdź sobie taką mentalność: I’ll pay what they’d pay. W skrócie: gościu pisze o tym, że chciałbym, by gugiel czy co tam innego dawał możliwość, żeby gościu oglądał Internet bez reklam i płacił twórcom, których czytał/oglądał tyle, ile reklamodawcy daliby temu twórcy za wyświetlenia wygenerowane przez tego gościa – normalnego czytelnika/oglądacza.

Jak to dalej może być możecie sprawdzić w światku pozainternetowym. Jeśli chcecie fajny wywiad u Kuby Wojewódzkiego obejrzeć, to nie zawsze jest fajny. W trakcie macie reklamy biegunki i jelit, a w czasie poza reklamą macie reklamę napoju X oraz książki lub filmu gościa. Książki lub filmu który prawdopodobnie nie spełni oczekiwań pokładanych w nim przez nowego widza czy czytelnika po zapoznaniu się z opisami i „opiniami”. Więcej marketingowcy napisali treści o tej książce (i lepiej) niż autor napisał tę książkę. Na rynku amerykańskim trudno znaleźć książkę, której w opisie nie nazywają „bestsellerem”, do tego „must-read” i polecaną przez znane mordeczki z branży. To co kurna znaczy ten wyraz bestseller? Czy jak wziąć wszystkie tytuły wydane to bestsellerem nazywamy tę lepiej sprzedająca się POŁOWĘ?

Za autentyczność czeba płacić, za szczere treści czeba płacić, tylko jeśli lud tego w porę zrozumie to naprawdę z Internetu będzie miał papkę nie inną od sztucznej telewizji, zawalonej jelitami z magnezem.

Zadanie z logiki:

Nie napisałeś do Asi, Basi i Karola z zapytaniem, czy możesz ich jakoś wesprzeć. A taki producent suszarek napisał. Wsparł. Komu teraz Asia, Basia i Karol zobowiązani są robić dobrze?

(Odp.: No nie Tobie).

A jeszcze pytanko osobiste o Twoją cenę. Jaka jest Twoja cena? Ile musiałaby Ci Palmo-Live zapłacić, żebyś pokazał w sieci z durnowatym słodzącym opisem na X słów focię buźki swojego dziecka w towarzystwie oczyszczacza powietrza panasonika czy innego filipsa? Ludzie za to biero hajs na życie. Ile by Tobie musieli zapłacić? Wrzuciłbyś buźkę swej dziecinki z jakąś suszarką i tekstem zachwalającym? Tym jest większość blogerów i influencerów dziś, niczym więcej. Nieliczni mają pomysł na siebie i pozostanie blogerem, a nie sprzedajną dzi…ałką reklamową.

Ile musiałabym Ci zapłacić, żebyś na bloga, którego odwiedzają tysiące, wstawiła swojego męża w kapciach i z mopem?

Albo tekst jak sobie radzić z czwórką facetów – tekst matki trzech chłopców. Myślisz, że może czegoś się dowiesz fajoskiego (ja mam 3 chłopa, może bym skorzystała). Ale nie. Dżem łowicz.

Ołkej. Już jesteśmy na etapie reklamowania powiększania sobie ust u dziewczyny, która jest zachwycona Agnieszką Maciąg czyli jakby naturą, Bogiem, akceptacją i nie leceniem za świecidełkami tego świata. Oł yeah.

Niech jeszcze trochę do przodu pójdzie to, co feministki i gender walczący nazywają postępem, to już widzę takie sytuacje:

Wyobraź sobie dowolną dzisiejszą blogerkę parentingową reklamową. I jej tekst za lat dziesięć:

Wysłałam swoją mamę do domu starości opieki LINK i NAZWA. Wybrałam ten dom bo jest taki super (i mi zapłacili), mieszkańcy mają codziennie lekcje jogi i dwa metry ogródka na spacery. Moja mama promienieje. Chyba pokuszę się o stwierdzenie, że ma tu lepiej nawet niż by miała ze mną w domu, bo tu ma cudowne panie pielęgniarki i grupę ludzi w jej wieku blablabla.

Blogerki sprzedają się markom. Reklamują. Może i mają w tym jakąś rację? Przywiozą takiej do domu pralkę, ona napisze że dostała orgazmu, dostaje na konto kilka ka. I ma.

A taki marketing afiliacyjny czyli polecanie produktów z których się korzysta, niejako polecanie na własną rękę z zapłatą, jeśli jest skuteczność czyli jeśli nie tylko ich pochwalę ale i zrobię sprzedaż?

No w Polszy różowo z tym nie jest. Wielu Polaków jest małymi chamami, potem się starzeją, stają się dużymi chamami i pracują w różnych miejscach. Ze skutkami jak poniżej.

W zimie pokazywałam Wam, gdzie można kupić ubrania z konkretną ilością wełny w składzie. Trochę tego było w Monnari. Powstawiałam ich linki, aby dostać jakieś złotówki, jeśli ktoś zdecyduje się na zakup.

Któregoś dnia w tym panelu z linkami chcę wziąć kolejny link, a tu nie widzę Monnari. No jakby ich nie było! Pogrzebałam w aktualnościach tej strony i okazało się, że 14 grudnia Monnari zawiesiło program. Akurat przypadkiem przed świętami i przed grudniowymi wyprzedażami, nie informując mailowo swoich partnerów, którzy im robią kasę. Ja i tak nie mam z tego żadnego biznesu, ale wyobraźcie sobie większe strony, który od września tworzą artykuły – poradniki prezentowe, żeby na tym zarabiać, już powstawiali produkty od Monnari, a Monnari znika. Znaczy linki działają, tylko hajs się partnerowi nie nalicza. Brawo.

Dalej Legimi. Korzystam i Wam polecam, i jeśli jakąś książkę sensowną przeczytałam, też zalinkowałam Wam do Legimi, żeby ewentualnie grosz dostać. Ta sama sytuacja. Wchodzę w panel do generowania linków, a tam Legimi nie ma. Zero info gdziekolwiek, zero info na maila, że kończą współpracę. Tak się w Polszy traktuje partnerów biznesowych, ludzi, którzy przyprowadzają Ci klientów i z którymi masz umowę. Brawo Legimi.

Produkty i usługa tych marek nadal są dobre. Ale zachowanie wobec partnerów (!) którzy robili im sprzedaż czyli zyski (!!) jest kompletnie bez klasy, poniżej wszelkiego poziomu.

Dobra, może na poziomie żałosnej polaczkowatości: może się uda, może nie zauważą, może się nie zorientuje, tego lekko oszukam, ale tak tylko lekko, tamtemu o czymś nie powiem, trzeciemu tyłek wyliżę, obmawiając go z czwartym za tamtego plecami…

Dobra, popastwmy się jeszcze nad dziewczyną od niedźwiedzi, woreczków za stówę, proszków zamiast jedzenia i powiększania ust:

Otóż jej influencerstwo polegaja m.in. na polecaniu swoim oglądaczkom szczotki do włosów która… rozczesuje włosy? I kupują to, jedna dziunia za drugą. Kurka, od blisko 30 lat mam włosy i jakoś nie czuję potrzeby kupowania nowego przedmiotu do ich rozczesywania, kiedy poprzedniego nie zjadłam, nie połamałam i nie zgubiłam. Ile wy kupujecie szczotek do włosów w ciągu życia? I przede wszystkim: po co? Dlaczego? Trudne afro macie i nic na wasz afrykański kudeł nie działa?

Czy to ja jestem już aż tak od czapy, za dużo jem lodów z advocatem, a może tak na serio bym się lepiej poczuła, gdybym co dwa miesiące miała nową szczotkę i nowe koszulki & bio organik kremiki dla planety?

I jak już wiecie, potem te same niunie próbują pierdzielić o zero waste i innej ekologii, bo to dzisiaj trendy i brzmi jak ratowanie piesków, więc jest takie PRowo dobre.

I dlaczego organizując konferencję musisz zdobyć sponsorów? Nie ma innego rozwiązania kwestii organizacji i/lub finansów? Nie można zrobić mniej wow konferencji, po prostu postawić na merytorykę, na spotkanie ludzi i mieć tak mega merytorykę, żeby móc wziąć opłatę za uczestnictwo? Dlaczego musisz miesiącami łazić za dużymi firmami, wchodzić im w odbyt i obiecywać niewiadomo jakie korzyści niby z tej współpracy, i żebrać potem u uczestników konferencji o uwagę dla tych firm?

I tak to sobie jest, i w takim to sobie kierunku dryfuje. Jeśli rodzice nie wezmą dzieci za kołnierze (ok, dzisiaj nawet kołnierzy nie ma za bardzo), i nie doprowadzą do porządku, nie przekażą wartości, sami w swym życiu ich realizować nie będą, by przykład dawać, to czeka nas przyszłość z totalnymi debilami wokół nas.

Trzeba by stworzyć jakieś linkowisko do ludzi mądrych i normalnych, będących ponad polecanie poliestru dla ratowania planety.

Jeśli w moich rozmyslaniach widzisz trochę sensu – podaj artykuł dalej!


Jeśli lubisz moje teksty, zapisz się na otrzymywanie info o nowych na maila.
A jeśli uwielbiasz moje teksty, kup mi ciastko.


Przez ten link możesz dostać 50 zł zwrotu za zrealizowany pobyt z Booking.