Co u mnie? (+ darmoszka bo wiem, że lubicie)

Prywata i myśli moje. Kiedyś było tego więcej na blogu, dziś staram się bardziej zapisywać te swoje doświadczenia, które mogą być w jakiś sposób pomocne innym, stąd więcej tekstów ze sposobami i poradami.

Ale dobrze. Dawno nie pisałam o tym, co akurat u mnie, w głowie, w domu… więc chętnie się tym z Wami podzielę.

Spostrzeżenie: czas jest ograniczony

W ostatnich miesiącach niemal fizycznie odczuwam ograniczoność czasu. Pewnie pisałam Wam o tym przy temacie o planowaniu ęd organizacji.

Zorganizowałam się tak, że zapisuję sobie na płąchcie papieru plan na każdy dzień następnego tygodnia. I powiem Wam: oj, coraz mniej spisuję sobie zadań w kolejnych tygodniach.

Blog leży odłogiem.

W pewnym momencie zorientowałam się, że tyle rzeczy, które chciałabym zrobić, odkładam, bo robię bloga. I odpuściłam.

Poszłam wtedy odgracać swój dom, pomieszczenie za pomieszczeniem, szafka za szafką.

Jest tyle rzeczy, które chciałabym zrobić albo robić regularnie. W dobie mieści mi się tyle działań, ile mi się mieści. Więc muszę wybierać. I odrzucać.

Prawie nie czytam książek. Bo nie mam kiedy. Znalazłam fajne audycje, których chciałabym wysłuchać, online, ale trwają one ponad godzinę, więc wysłuchuję może jedną taką audycję na dwa tygodnie.

(Jakby co, nieczytanie wcale nie oznacza debilizmu. Czytanie tego, co dzisiaj drukują wydawnictwa to w dużej mierze taka sama kupa dla naszych umysłów i dusz jak gazetka z Biedronki czy serial o ludziach co się miziają. W latach 20-tych czy którychśtam, kiedy Hameryka się rozwijała, ludzie od mądrych książek menedżerskich, kołcze i takie tam duże, mądre głowy doradzały, by w poważnych firmach był pokój BEZ KSIĄŻEK, gdzie wielki ludki mają zamykać się, by po prostu samemu myśleć, a nie ćpać poradniki byznesowe. Nieczytanie książek jest tym samym czym przerwy od Internetów i sociali. Rili. A pisałam o tym więcej tu: Dzisiejsze tempo życia – 70 lat temu).

Półtorej godziny dla matki, będącej z dziećmi w domu, to skarb! Nieraz chcę przeznaczyć ten czas na coś innego.

Moja uwaga i wychowanie dzieci

Kolejna sprawa to fakt, że za bardzo traciłam cierpliwość przy Chłopcach, chodziłam non stop podenerwowana, zbyt często opanowywała mnie złość.

Żeby nie być matką wściekłą na swoje dzieci zawsze i o wszystko, znów: musiałam nauczyć się odpuszczać.

Zaakceptować, że w nocy może lepiej pospać niż blogować. I być milszą mamą następnego dnia.

Zaakceptować, że może lepiej nie próbować pisać, czytać, słuchać czy oglądać w tej dwuminutowej przerwie, kiedy akurat nikt ode mnie nic nie chce. Bo zaraz i tak któryś przyjdzie do mnie z pytaniem albo prośbą, a ja denerwowałabym się, że mi przerywa.

Zaakceptować, że dobrze jest dbać o dom regularnie, nie musieć oglądać bałaganu ani składać góry ubrań, która zbierała się przez tydzień.

Zaakceptować też, że wieczorem może lepiej rozluźnić się w łazience albo nawet i przed telewizorem, pobyć sama ze sobą, dobrze zjeść, a nie cisnąć blogi czy porządki.

Hej, ja już praktycznie nie czytam i nie oglądam, i nie przewijam internetu i aplikacji. Tylko kilka ulubionych. Półtorej godziny na telefonie to mój średni wynik z ostatniego tygodnia. W tym jest też słuchanie muzyki w samochodzie i czytanie naprawdę wartościowych rzeczy.

Daję więcej swojej uwagi dzieciom i naszemu otoczeniu, czyli domowi. Dzieci potrzebują uwagi rodzica, a być może tym starsze, tym bardziej. Pytają o świat, o wszystko.

Do tego dostrzegam niefajne zachowania Chłopców. Znów: chcę swój czas, energię i uwagę poświęcić na korygowanie ich zachowań. Teraz, na świeżo, gdy się pojawiają. A nie po latach.

Co robiłam

Niby z wielu rzeczy zrezygnowałam, ale i coś robiłam, nawet nowe rzeczy, zupełnie inne od typowej mnie z przeszłości.

  • Upiekłam chleb. Pierwszy raz w życiu.
  • Zakisiłam ogórki. Pierwszy raz w życiu (nie licząc dzieciństwa i nastoletniości, kiedy pomagałam przy tym Mamie).
  • Zrobiłam dżem i zamknęłam go w słoikach na zimę. Pierwszy raz!
  • W tym roku posadziłam na balkonie kwiaty, po raz pierwszy odkąd mamy dzieci. Po paru tygodniach pięknego kwitnienia, zmarniały. Nie miałam pojęcia, czemu. Były brzydkie. Jakby się skończyły. Ale uruchomiłam w sobie panią, kochającą dopieszczać swój dom. Uruchomiłam Google’a. Dowiedziałam się, co zrobiłam źle (a raczej, czego nie zrobiłam, a powinnam!), naprawiłam po czasie swój błąd i po jeszcze długim czasie oczekiwania kwiaty znów kwitną i są piękne. Uratowałam kwiaty! Ja!

Cieszy mnie posiadanie – i zdobywanie nowych – umiętności związanych ze światem materialnym. Ten świat materii jest tak ważny! Internet może zniknąć, prąd może zostać odcięty, mieszkania, samochody i inne wygody mogą zniknąć lub zacząć kosztować miliony. Ale jeśli masz kawałek ziemi i wiesz, jak sadzić i uprawiać ziemniaki, przetrwasz (tak, wiem, to jest duży skrót).

Dzięki Wam, ludzie, którzy dzielicie się w Internecie swoimi doświadczeniami w różnych dziedzinach. Jesteście skarbnicami.

  • Poza tym, pierwszy raz, odkąd mamy dzieci, chodzę regularnie, raz w tygodniu na siłownię. To mi tak dobrze robi!
  • Do tego widziałam cztery spadające gwiazdy.

Podsumowując co wyżej, jestem bliska podjęcia życia zwykłej, nieambitnej kobiety – żony – mamy – pani domu.

Rano śniadanie, pranie, spacer z dziećmi, potem obiad, zadania domowe lub robienie czegoś z Chłopakami, kolacja, mycie Chłopców, położenie ich spać, moja kolacja jedzona w spokoju, herbata z cukrem, czasem serial, czasem wino, czasem gapienie się w gwiazdy na balkonie i spanie przed północą, na ogół bez komputera po położeniu dzieci spać.

Wg dzisiejszej kultury: żal.

A się cholernie cieszę z uładzonego domu, z tego, że wychowuję Chłopaków, że umiem zmartwychwstać kwiatki (zrobiłam i sadzonki, zobaczymy, czy się udadzą), że nie jestem wściekła na Męża, że sobie odpoczywam, że placki ziemniaczane takie smaczne… Nawet zaczęłam prasować!

O czym myślę

Cały czas w mojej głowie pojawiają się tematy związane ze współczesną kulturą: chorą konsumpcją i dziwną modą na bycie eko (co nie zawsze jest eko, bo temat jest skomplikowany).

Myślę sobie o biznesach i pieniądzach, o tym, w jaki sposób i na czym ludzie zarabiają.

Ludzie wydają i sprzedają bodajże po 60 pln ebooki o sprzątaniu bez sklepowej chemii. Czy mam Wam streścić takiego ebooka w 2 czy 3 zdaniach?

Ocet z wodą w butelce z psikaczem do szyb, luster, baterii i wszystkiego, na czym widać zacieki kamienne np. na ciemnych płytkach. Soda albo kwasek cytrynowy do wanny, umywalki, sedesu. Do reszty mydło do rąk w płynie lub płyn do naczyń. Do reszty reszty generalnie sama woda np. do podłóg, jasnych płytek, parapetów, mebli. Jeśli chcesz zrobić tego ebooka z wieloma przepisami, po prostu wpisuj co wyżej, tylko w każdym przepisie dodaj inną ilość kropli innego olejku eterycznego i se tak mnożysz przepisy w nieskończoność.

(no tera czekam na te 6 dych, pod postem macie link do paypala – tam, gdzie piszę o ciastkach)

Ludzie robio kursy obfitości. I jako reklamę czy też recenzję kursu podają, że kobieta zrobiła ten kurs, i tak myślała o pieniądzach, i o swoim ulubionym banknocie 200zł, i któregoś dnia siostra dała jej 20 tys. zł w banknotach po 200, więc ten kurs działa.

Kurna, chciałbyś dostać 20k w banknotach i się podniecać, że jesteś bogaty? Dla mnie jednorazowa gotówka, jaka by nie była, nigdy nie będzie obfitością czy bogactwem. Bogactwo masz jedynie, gdy masz maszynkę do robienia pieniędzy, nie same pieniądze. Maszynką nazywam taki biz lub umiejętność, które zawsze możesz uruchomić i wiesz, że kasa z tego przyjdzie. Za dobrą maszynkę oddałabym każdą gotówkę. Każdą.

Także teges, kup kurs za kilka stów, uruchom kanał przepływu ze Wszechświata, otrzymaj kupkę tracących na wartości złotówek i ciesz się.

Bo to wszystko (konsumpcja i niezrozumiałe byznesy) jest chyba nadmuchanym balonem. Kurs sprzedawany za $200 nie jest wart $200, skoro autor decyduje się sprzedać go w pakiecie wraz z powiedzmy 30 innymi materiałami innych twórców, gdzie ten pakiet kosztuje $40 czy $50 i tylko ułamek tej kwoty trafia do autora. Chyba te pierwotne ceny produktów cyfrowych są mocno nadmuchane.

I na tym korzystają klienci sprytnych i pracowitych ludków z Ultimate Bundles, którzy dostają te materiały z dużą, nieraz 98% zniżką.

Póki co, możecie od nich otrzymać darmowe materiały do budowania i śledzenia zdrowych nawyków z przykładowymi krokami do wprowadzenia różnych nawyków i poradami ekspertów, dotyczącymi zdrowia.

A już niedługo ruszy sprzedaż Paczki związanej ze zdrowiem, pełnej w tym roku ciekawych tematów, jak np. zanieczyszczenia falami elektromagnetycznymi, wifi, mikro itd. (fakty i porady) i zdrowych przepisów, z których jeden już wypróbowałam, ja, kuchareczka. (Tak, jako ich partner mam wgląd do wszystkiego wcześniej).

(W temacie bezwartościowych ebooków, ekursów, pozdrowienia dla K. – utwierdziłaś mnie w tym, że może nie nadaję się jeszcze do psychiatryka skoro nie kumam do końca cen, treści i sensu wielu tego typu rzeczy).

I jeszcze jednym tematem w głowie jest… Biblia.

Ja jestem wychowana jako wiecie kto – jak Wy, mieszkam w kraju papieża i u nas Biblia nie jest ważna, nie jest znana tak naprawdę. Liczy się katechizm, listy, adhortacje i familiariskonsorcja.

A mnie temat za tematem, krok za krokiem, pytanie za pytaniem, osoba za osobą, przyprowadziło do Biblii. Między innymi poprzez temat, który zajął mnie rok temu: kobiecość. Do tej pory informacje o odmiennej charakterystyce kobiety i mężczyzny mogłam znaleźć na stronach związanych z mętnym New Age. Czegoś mi tam brakowało, coś tam było „nie do końca”. Aż trafiłam na kobiety, piszące o roli kobiety z perspektywy Biblii. I ten obraz okazał się być bliskim temu, co czuję i temu, czego doświadczam.

Więc brnę dalej w ten temat, czytam Biblię. Nawet nie jako narzucony przez siebie obowiązek, ale ze szczerą chęcią, radością, ciekawością. Naprawdę. Ja.

To jest coś nowego u mnie. Nowy rozdział.

Ale uważajcie z Biblią. Po pierwsze, jeśli jesteś katolikiem, to nie powinieneś. Rili. Masz czytać katolickie komentarze do Biblii, sam swą głową czytać nie powinieneś.

Po drugie. Tam jest lokowanie produktu. Przynajmniej w Starym Testamencie ciągle piją wino, i piszą, że co to za życie bez wina, i tak dalej. Ja już piję :D Beware.

Jeszcze jedna szybka refleksja o blogowaniu. Bo widzę zmierzch paru wartościowych blogów. Paul Jarvis od paru miesięcy pisze swoje cotygodniowe teksty… raz na miesiąc-dwa, rzadziej? Cait Flanders, fajna oszczędnicka-minimalistka-nad-życiem-myślicielka będzie usuwać bloga. Ja też ciągle kopię się z myślami, czym to blogowanie u mnie, dla mnie jest, i po co, i czemu, i czy.

Cait nie ma dzieci, męża, domu, może i pracy, nie chodzi po sklepach więc dużo myśli. Zauważyła, że koniec blogowania może być dobrą zmianą. Że ona wyrzuca kolejny element swojej tożsamości. Patrzy, jak jej bez tego. Kiedyś jej elementem tożsamości było picie alkoholu, zakupy, kredyty, graty w domu. Poobcinała to, odkleiła się od tego. Po jakichś 8 latach odkleiła się od blogowania i dobrze jej z tym, kończy ten rozdział, uśmierci, a sama będzie żyła dalej, będzie Cait, a nie będzie już Cait-blogerki. I tak czasem trzeba.

Ja na razie bloga nie uśmiercam, ale widzę wyraźnie, że w końcu inne, ważniejsze rzeczy wychodzą mi przed to blogowanie i będzie ono zepchnięte do kąta, na swoje miejsce. W 2 wolne minuty na spacerze lub w 20 minut wieczorem raz na dwa tygodnie. Albo i nie.


Jeśli lubisz moje teksty, zapisz się na otrzymywanie info o nowych na maila.
A jeśli uwielbiasz moje teksty, kup mi ciastko.


Przez ten link możesz dostać 50 zł zwrotu za zrealizowany pobyt z Booking.