Adwentujemy i o tym, że być może wszystko jest po coś

Strona zawiera linki afiliacyjne.

Adwentuję. To znaczy zatrzymałam się (chociaż chyba tak naprawdę jeszcze nie, skoro tu bazgram). Poszczę nawet (prawie).

Oczywiście jak to często u mnie: postanowiłam jedno, wyszło drugie. (Albo: Jak rozśmieszyć Boga? Powiedz mu o swoich planach).

Zatrzymałam się. W kilka dni po tym, jak wydrukowałam sobie piękne listy rzeczy do zrobienia z datami i polami na zaznaczanie wykonania danego punktu. W końcówce listopada miałam już porobione kilka dużych zadań zaplanowanych na końcówkę grudnia – żeby w grudniu odpoczywać…

Ale z zadań na początek grudnia nie odhaczyłam niemal niczego.

Złapaliśmy jakiegoś mocnego wirusa, cała czwórka. Takiego, co robi temperaturę podchodzącą pod 39 i nawet przekraczającą. Czy ja w ciągu ostatnich dziesięć lat mogłam mieć 38 lub więcej? Nie przypominam sobie. My raczej nie chorujemy. To coś powaliło nas jedno po drugim. Ja ledwo wstająca z łóżka… z dwoma Chłopakami… chorymi…

A kilka dni przed spotkaniem z wirusem wpadłam na genialny pomysł zrobienia sobie badań, wszak od ostatniej ciąży nie robiłam. Powoli zmieniamy dietę, przez miesiąc prawie nie było u nas w domu słodyczy, czułam się mocna, czułam się świetnie. Tymczasem morfologia powiedziała, że mam krew osoby, która już od dawna nie wstaje z łóżka, bo wstać nie ma siły, już od wielu kresek wyniku więcej mogłaby leżeć w szpitalu, a teraz jest na granicy rozważania przez lekarzy (gdybym była pod ich opieką) transfuzji krwi. Czuję się jak młoda bogini, odhaczam zadania, mam moc. A jadę na krwi niemal że zwłoki.

Więc siedzę/leżę/obsługuję chorych sobie w domu z moimi dwoma a czasem i trzema menami.

Jestem przy tym wdzięczna za i doświadczam korzyści z trzech rzeczy które sobie wcześniej „cudownym zbiegiem okoliczności” „przygotowałam”:

Rzecz numer jeden: zapasy spożywcze.

Tak. To gdzieś w drugiej połowie listopada wpadłam po raz pierwszy w mym krótkim życiu na pomysł, żeby mieć w domu spiżarnię. Zapasy. Czyli nie że mam w domu jedną napoczętą paczkę ryżu, tylko mam trzy paczki. Żeby nie sprawdzać wszystkich szafek, wszystkich półek w lodówce i wszystkich artykułów z listy przed zakupami dwa razy w tygodniu. Żeby tak raz w miesiącu uzupełniać spiżarnię, a raz w tygodniu dokupywać tylko to, co musi być świeże lub co nie zmieściłoby się w lodówce/zamrażalce w ilościach hurtowych.

Także możemy sobie chorować, nie wychodzić z domu i przez tydzień nie odczuć, że czegoś nam brakuje. Naprawdę! To wspaniałe, bo ja jeszcze w tym roku miałam okresy, kiedy co drugi dzień musiałam być w sklepie!

Może dla pełnego obrazu sytuacji zaznaczę, że w czasie tej choroby nie bardzo chce nam się jeść. (Ale i przy normalnym jedzeniu tydzień minąłby nam spokojnie).

Rzecz numer dwa: rosół.

TA magiczna zupa. Wiecie, rosół dobry na wszystko. Rozgrzeje. Jakieś magiczne składniki tam się wytwarzają z kości, jak długo gotujesz. Taki napój na zmartwychwstanie.

I znów. Okazuje się, że z początkiem grudnia pierwszy raz w życiu nagotowałam takiego rosołu-wywaru, takiej esencji mocnej, na przykład do dodawania do duszonego mięsa. Zamroziłam w porcyjkach. W szklanych słoiczkach – inspired by Kornelia. Pierwszy raz w życiu.

I dodawałam sobie sił i minerałów tymże boskim napojem, podgrzanym 1:1 z kupnym barszczo-sokiem-z-buraków. Pycha. Dziękuję sobie za pychę, a intuicji za podpowiedzenie mi żeby ten rosół zrobić.

Rzecz numer trzy: zapisałam coś dla siebie.

Otóż w każdej ciąży spisałam tu na tym blogu dla innych, ale ewentualnie i dla przyszłej siebie, swoje perypetie z moją starą, dobrą, żartowniśką towarzyszką – anemią. No ja pamiętam, że buraki i wół, ale dokładna dieta, jaką stosowałam ponad trzy lata temu, żeby poprawiać sobie hemoglobinę o 0,1 dziennie? Nie pamiętałabym. Ale zapisałam. Kto też anemiczny, może skorzystać:

Kończę bez wielkiej puenty, wracam do swojego soku z buraków, pogryzanego gotowanym burakiem i do wołowego steka (jakoś ostatnio w moim sklepie nie ma wątróbki, chlip, chlip), popijanego sokiem z pokrzywy, i żółtek z prosięciem na śniadanie, rzucanych na podkład z octu, co by żołądek lepiej te białka i żelaza ogarniał.

Czekam na świąteczne rybki i ćwikłę, no i pomarańcze, bo choć od czapy cytrusy zimą są, to witamina C zwiększa wchłanianie żelaza.


Jeśli lubisz moje teksty, zapisz się na otrzymywanie info o nowych na maila.
A jeśli uwielbiasz moje teksty, kup mi ciastko.