blogowe urodzinowe podsumowanie roku - Pani Strzelec

Okołourodzinowe podsumowanie roku

Czas leci, dzieci rosną, zęby wypadają (nie moje!), a ja wciąż przed 30stką. Niektórym to Bozia dała i geny dały.

Przy okazji, jeśli Ty masz wciąż przed 20. i chcesz tak, jak ja, to pojedź na fali życia w zgodzie z naturą czyli zrób się matką przed trzydziestką. Dużo przed trzydziestką! Jeszcze więcej! Nie postarzaj się mejkapem, nie psuj sobie wyrazu twarzy plotkami i jedz boczek i masło, co by znikły sińce spod oczu. To z grubsza powinno wystarczyć.

To będzie podsumowanie roku, czyli luźny bełkot. Zapraszam.

To był dobry rok

Teraz większość ludzi starymi pannami i kawalerami jest. Nudzo się. Wymyślajo. Plannery robio i bullet dżurnale. Wyzwania, plany, afirmacje i systemy. Jest np. taka jedna ajdija, żeby wybrać słowo roku. Słowo na rok. Że chcesz, żeby ten rok upłynął Ci w atmosferze jakiejś, albo że na czymś się skupiasz.

A więc to był rok, który upłynął nam zdecydowanie pod hasłem słów grawitacja (Starszy) i kupa (wiadomo).

Pociągnijmy jeszcze z tematem młodości. Bo tak, to znowu był rok, w którym proszono mnie o dowód przy zakupie alkoholu. Taka mała i wiem że głupia rzecz, a potrafi absolutnie wznieść humor na wyżyny i zrobić dzień. Jeśli sprzedajesz w sklepie, proś młode babki o dowód – wniesiesz tym mnóstwo radości do świata.

U mnie chyba już był rok, kiedy nikt nie pytał mnie o dowód, ale powody mogą być inne niż sam wygląd. Bo po pierwsze, bardzo rzadko kupuję alkohol. Po drugie, do niedawna niemal zawsze chodziłam na zakupy z dziećmi, z dwójką, w tym jeden pięciolatek, to już taki konkret, więc w takim zestawie pewnie zakłada się, że matka już jest pełnoletnia. Po trzecie, jeśli zawsze kupuję w tym samym sklepie, z tymi samymi dziećmi, to nawet jak bez nich przyjdę, tych kilku pracowników na krzyż może już kojarzyć, że ja to ja – matka dzieciom.

No ale trafiło się.

To był rok, w którym po raz pierwszy odkąd mamy dzieci, miałam mam kwiaty na balkonie. Zestaw do mania kwiatów na balkonie to był zdecydowanie udany zakup, dający mi radość każdego dnia. Serio serio. Z wyjątkiem dni, kiedy kwiaty nie miały kwiatów, bo… – tu była moja lekcja ogrodnictwa, nauczyłam się i kwiaty zmartwychwstałam. Do tego pierwszy raz w życiu rozmnożyłam coś innego niż trzykrotkę. Tak dokładnie to komarzycę, lawendę i miętę. Ja, od dobrych kilku lat posiadająca zero kwiatów w domu, bo to niepraktyczne. A te balkonowe w grudniu jeszcze kwitną i mają nowe pąki.

Podoba mi się to ocieplenie klimatu, i letnie, i zimowe. Za czasów życia homo sapiensa były już okresy, kiedy w Polsce uprawiano winorośl. Nie od przypadku, jako dziwo, tylko tak jak kraj długi i szeroki. Znaczy słońce dawało-dawało. I pszczoły nie wymarły. A może wymarły, ale nowe się pojawiły? Były i okresy, kiedy zimą do Szwecji jechało się saniami po Bałtyku z noclegiem w knajpie wybudowanej na środku morza. Więc nie wiem, o co ekolodzy się trzęsą. Chyba że o plastiki. Zbojkotujcie eko kremy w plastikowych kubeczkach, nie kupujcie szklanych butelek na wodę w silikonowym otulaczu i już będzie mniej plastiku. Nie kupujcie. Ekologię odłóżcie do szafy, przytulcie minimalizm i proste życie. Nie kupujcie. I już mniej śmieci, już mniejszone zużycie prądu i paliw, bo nie wozicie swoich kremików do swoich sklepików.

To był rok, w którym po raz pierwszy w życiu zrobiłam smalec. I był dobry. A zrobiłam bez maszynki do mielenia mięsa. Sporo roboty, ale nie jestem z tych, którzy kupują zestaw ciuchów i obuwie za 2k zanim przebiegną pierwsze trzy metry.

To był rok, w którym po raz pierwszy w życiu upiekłam chleb. Ten to się niezbyt nadawał, ale zjadliwy był. Zjedzony został.

Ogórki kiszone. Bardzo dobre! Pierwszy raz w życiu robiłam sama.

To był rok, w którym po raz pierwszy w życiu utrzymałam jakąś dietę dłużej niż przed dwa i pół dnia. Utrzymałam przez sześć tygodni i będziem wracać. Już wracam.

To był rok, w którym dwa razy byłam z Zakopanem. Nie wiem, czy istnieje na świecie coś lepszego. Tam jest mój raj na Ziemi, nawet mimo krupówkowatości Krupówek i smogowatości smogu. A nawet nie że nawet mimo tylko nawet z nimi: z Krupówkami, jakie są i ze smogiem, jaki jest. Byłam na milionie gór, w zimie i nie w zimie, z dzieciorami, z Mężem, a zima to była taka bajka, że disneyem to se możecie stół podeprzeć, jak się chwieje.

Pamiętajcie: do chodzenia po górach, nawet po Tatrach, potrzebujecie dobrego obuwia oraz wygodnego, ciepłego, oddychającego ubrania. Czyli jeśli nie jesteście czterolatką, która nabiera się na reklamy, to jadąc w góry kupujecie górskie buty, ale wszystko inne nakładacie normalne. To są przecież spacery, tyle że trochę więcej skał i wzniesienia, więc można nogę skręcić. Ja w styczniu chodziłam po górach w eleganckim, czerwonym płaszczu i normalnych spodniach. Jesienią w sukience bawełnianej i grubych rajstopach. Wszystko wokoło wydało monety w Decathlonie i droższych jeszcze sklepach, dreptało w poliestrach w głupich kolorach i wzorach. A to przecież można tak normalnie. Jak na randkę do parku. Tylko w porządnych butach. No miejcie ludzie wyczucie ;)

To był rok, w którym po raz pierwszy w życiu widziałam dzikiego łosia. Te zwierzęta robią na mnie taaaakie wrażenie. Są wysokie. Ogromne. Największy koń z wydłużonymi jeszcze razy dwa nogami. I poroże. Majestat stąpający. Ze wszystkich naszych polskich dzikich zwierząt chyba łosia najbardziej chciałam zobaczyć.

Ach, widziałam też dzikie dwa, razem, yhmm…eeerrr… jelenie? Spore to było i poroże szerokie jak nie wiem co. Ale mimo posiadania 5- i 3-latka w domu nadal mam problem, co sarna, co jeleń, łania… No ale dwa takie widziałam na dziko.

Po raz pierwszy w życiu widziałam dzięcioła zielonego. A ponoć niełatwo go zobaczyć.

Widziałam też i potwierdziłam z guglem nazwę gatunku – rudzika.

I żeby nie było, że ja w lasach pół życia spędzam, wtryndalając się w ostępy zwykłemu śmiertelnikowi niedostępne. W tym roku nawet mniej chodziłam po lesie niż bym chciała. Ale to i tak był dobry rok! Nie wszystko zawsze, nie wszystko na raz.

Otóż, drodzy Państwo, łosia i chyba-jelenie widziałam, jadąc samochodem w okolicach Wwy, dzięcioła i rudzika to zupełnie na lenia, bo gapiąc się przez okno w kuchni, na naszym ogrodzonym osiedlu z wystrzyżoną trawą, w czymś co się zwie miastem.

Także, ekolodzy straszący, że natura ginie, po raz któryś tłumaczę Wam, i pokazuję przykłady jak krowie na łące: natura jest nieprzyzwoicie obfita i ona was prędzej zje niż wy ją.

To był rok z obłędnie ciepłym latem. A mój Mąż wybrał nam mieszkanie z najlepszym na świecie balkonem. Dodajcie to sobie. Było miło.

Widziałam spadające gwiazdy. Kilka razy.

Nauczyłam Starszego jeździć na rowerze na dwóch kółkach. Rodzic leniwy to dobry rodzic. Mnie w to ciepłe (+30C) lato zwyczajnie bardzo, ale to bardzo, bardzo, bardzo nie chciało się biegać za Synem na rowerze, trzymając za tego głupiego kija. To szybko nauczyłam jazdy i z głowy.

Przestaję narzekać. Ja. A jestem w tym dobra. Ale po latach życia, zatopiona w jadzie, widzę, że nic mi to nie dało. Nawet wiedza, że tutaj jest jak jest i że ludzie są na ogół ****. Świadomość tego, ta wiedza – niczego nie dają (ok, uczą przezorności), a drenują człowieka. Urodziłam się w gównie, z którego durni ludzie robią jeszcze bardziej śmierdzące gówno – trudno. Na próbę odwracam od tego głowę i zobaczę, jak to będzie. Skupiam się na tu i teraz. Teraz czyli: jeszcze prąd i śmieci nie kosztują miliony, wciąż tylko setki. Tu czyli: nasz dom, nasze sklepy, nasze miejsca spacerowe. Cieszę się, że nikt nie strzela, że mam dach i ciepło i takie tam. Robię swoje i nie przejmuję się światem. Zobaczymy, czy to będzie lepsze podejście.

Plany zostawiam Komu Innemu. Zacietrzewienie się i parcie po swojemu do swojego wyszły mi w ostatnich latach na nic. Na okrąglutkie zero. I na ostrą anemię, i na niezadowolenie. Wiem, czego chcę, wiem, jak ma być, jak to niuejdże mówią wysyłam intencję, a On może dołożyłby swoją cegiełkę albo dziugnięcie w plecy w odpowiednim momencie w odpowiednim kierunku. Sama to ja jednak mogę guzik.

Teorie, metody i cudowne techniki zostawiam ich autorom. Olewam książki i wszystkie mądre głowy. Tyle wydaje się książek z jakąś nowo odkrytą cudowną prawdą albo jedną rzeczą, którą musisz zrozumieć/robić, żeby Twe życie wyglądało jak bajka. A to guzik działa, bo gdyby działało, to by tyle tych książek nie było. Jest w ludziach potrzeba, a odpowiedzi brak. Zamierzam słuchać swojego serca i doświadczenia, bo już wiem, że wszyscy się mylą. Ja i Ty, i Tim Ferriss, i babka od Bóg nigdy nie mruga, mylą się tak samo jak Dalajlama, papież i gościu, co dostał Nobla. Tak samo.

Wiecie, kocham wiele w protestantach. Czytam sobie coś ichniego. Piszą, że katolicyzm to sam szatan. Innego dnia gdzieś przypadkiem wklikuję się w artykuł o protestantach na katolickim portalu. Okazuje się, że protestanci to pochodzą od czegoś-tam-czegoś, i to sam szatan. A idźcie wy wszyscy! Od teraz myślę sama.

Very, very slow life. Mam wrażenie, że już kilka razy pisałam Wam o tym, że w tym roku fizycznie przyszło do mnie zrozumienie faktu, że doba nie jest z gumy. A że mam szalony pomysł, żeby oprócz robienia rzeczy, także spać każdej nocy, to po prostu ileś, ileś, ileś rzeczy i spraw musiało odejść na zawsze albo odłożyć się do szafy na kilka lat. Żyję tym, co ważne, robię to, co ważne, na resztę nie mam czasu i energii, więc reszcie czasu i energii nie daję. To się nazywa życiem zgodnym z wyznawanymi wartościami. Chciałabym, żeby tak było. A w praktyce wygląda to tak, że jestem mistrzynią lub po prostu rzemieślniczką kilku-kilkunastu spraw i nie realizuję się w siedmiuset innych tematach, które też są fajne, ciekawe, mądre, uczące, wartościowe, przyjemne, wspaniałe. Ale nie wszystko na raz (albo zgon z powodu zajechania się plus zaniedbanie tego, co ważne). Więc wychodzi mi slow life i proste życie. Siedemset pozostałych rzeczy wciąż mnie woła, ale już ciszej, z tej szafy już, nie ze środka korytarza-przedpokoju.

To był dobry rok, ale życie to i kwiatki, i kupa

Dajmy więc część o kupie życia, żebyś przypadkiem nie porównywał swojej kupy z moimi kwiatkami (poprzez ten mechanizm wyrastają z social mediów depresje).

Może nie słowo roku, bo rok po roku zbiera się na słowo dekady… Gdybym miała siebie określić jednym słowem, byłoby to Zmęczona. Cały czas próbuję ułożyć sobie macierzyństwo, i w praktyce, i w głowie, znaleźć podejście, system, które w końcu mi kliknie (a czasem podważam, czy w ogóle to kliknięcie jest możliwe). Nieraz wydawało mi się, że już to rozgryzłam. Ale zawsze w takim momencie życie doganiało mnie z nowymi sprawami do rozgryzienia. I tak w kółko.

Znów mam wrażenie, że powoli sobie to układam, zostawiając sobie bardzo duży margines, o którym wiem, że ułożony nigdy nie będzie.

No ale jakoś tam jadziem do przodu.

Dzieci się uczą same, serio. Literki, cyferki, dodawanie, odejmowanie, rysowanie, malowanie, konstrukcje. Rodzic leniwy w tym to rodzic akuratny. Dziecko samo chce się nauczyć, samo zaczyna pisać i rozumieć, a jak czegoś nie umie samo, to przecież bardzo chce, więc dziuga i dziuga tę matkę co siedzi w domu, dostaje odpowiedź i wzlatuje na kolejny poziom. Serio.

A są i rzeczy, które nie dzieją się w terminie, kiedy bym sobie tego życzyła. Są rzeczy, które nie dzieją się, mimo że cisnę je miesiącami na czterysta czterdzieści osiem sposobów. Takie jakby porażki. Są.

To był też rok, w którym dwa razy mocno uświadomiłam sobie, że ja już właściwie niczego nie chcę. I nie chodzi o piękną, buddyjską pustkę czy koncepcję wyzbycia się pragnień, czy że nie kupuję pierdółek do domu jak chora. Chodzi o to, że zniknęłam. Że jak Mąż czy ktokolwiek inny mógł/może/mógłby zabrać mi dzieci z domu albo kiedy to ja mogę wyjść sama, mam czas, to nie ma niczego, co ja chciałabym w takim czasie zrobić. Nic mnie nie kręci. Żadnego pomysłu na przeczytanie książki, obejrzenie filmu, posłuchanie kogoś mądrego, pomalowanie paznokci, wyjście do kawiarni, dokądś inąd. Nic. Nic mi się nie chciało. Niczego nie chciałam. Już. Wypaliłam się, wyschłam, uschłam, zniknęłam. Zyskały na tym domowe obiady. Kiedyś wkurzałam się, że w tym wolnym czasie oprócz 5341 rzeczy, które chciałam zrobić, miałam jeszcze przygotować obiad. Teraz dobrze, że ten obiad w planach mam, bo przynajmniej mam się czego uchwycić. Do dzisiaj trochę to już pokonałam, ale trochę to jeszcze jest.

Raz też uświadomiłam sobie, że macierzyństwo to jest tak już na amen. Pracę, męża, dom możesz zmienić, z kraju uciec, włosy ściąć, zrobić się nagle eko lub zrobić botoks… A matka jest matką na amen.

I właśnie dlatego tak bardzo warto sobie macierzyństwo we łbie ułożyć. Ja już ponad pięć lat i nadal kicha-kiszka, nie ogarniam, jakbym dzieci miała od wczoraj.

W związku ze wszystkim co powyżej, musiałam mocno stwierdzić, że pomysł nieposyłania dzieci do żłobeków, przedszkoli i szkół jest pomysłem szalonym. Niestety, przedszkola są kompatybilne z aktualnym systemem społeczno-gospodarczym. Dzieci przy sobie mogłaś mieć, kiedy były dostępne babcie i dziadki (nie na etacie), kiedy mogłaś z przychówkiem pojechać na miesiąc na wieś – do rodziny, kiedy ludzie wiedzieli więcej o sobie nawzajem niż dzisiaj, mimo nieposiadania komóreczek i instagramików, czyli kiedy ludzie spotykali się często, kiedy jedne wolne dzieciaki mogły polatać z innymi wolnymi dzieciakami, albo Twoje zainteresowały się, bo ciocia przyszła, piłaś kawkę, gniotłaś pierogi, wieszałaś pieluchy, wygadałaś się, i wygadanie kosztowało Cię kawkę, a nie stówę co tydzień na terapii.

Dzisiaj matka nieposyłająca dzieci do socjalistycznych przechowalni bywa bardzo sama i bardzo zajechana.

Mimo wszystko ja decyzję swą szaloną utrzymuję. A dlaczego? – a bo tak, o czym pisałam tu.

I jeszcze dlatego, że Męża nie daję do państwowych pań lekkich obyczajów. Dlaczego? Bom szalona. Tak czuję w serduszku, że mam nie dawać. Też bym czas odzyskała, i nieraz pewnie spokój ducha, panie z latami doświadczenia, nietoksycznymi farbami na ścianie, zatwierdzonymi przez sanepid i profesjonalnymi gadżetami pewnie (w teorii) robiłyby wszystko lepiej. A ja kurna nie posyłam, gupia ja.

Blogowo

Przez ten rok blog Pani Strzelec miał niemal wszystkie możliwe formy i bezformia. Bo pogubiłam się w tym temacie, nie wiedziałam, czym i o czym, i czy to ma być. Aż dziwne, że wytrwaliście przy mnie ;)

Na ten moment mam wizję i może uda się ją utrzymać.

Do tego uruchomiłam stronę Jesteś Boska, czyli zamiast oświecać ludzi, że są debilami, bo kupują kremy w rossmanie, będę oświecać, że są debilami, bo zaniedbują dom i rodzinę ;) Nowa misja, nowa moc!

Ale minimalizm niech żyje, żyje nam. Ostatnio znowu obejrzałam sobie film Minimalism, polecam raz w roku sobie odświeżać. Do obejrzenia na Netflixie, inne opcje wymienione tutaj.

Czyli bywało źle, bywa dobrze, blog przetrwa, jedziemy z kolejnym rokiem.


Jeśli lubisz moje teksty, zapisz się na otrzymywanie info o nowych na maila.
A jeśli uwielbiasz moje teksty, kup mi ciastko.