Sentyment do wsi polskiej i starych wierzb wzdłuż starych dróg (jest widJoł)

Kto też tak ma, że chętnie zatopiłby się w krajobrazie pełnym sadów, zagajników, polnych dróg i ścieżek,

dzikich kwiatów, pojedynczych pszczół,

zapachu mokrej ziemi, trawy pod bosymi stopami,

zapachu owoców, drzew,

świergolenia ptaków,

ciepła, gorąca, lekkiej duchoty,

słońca, cienia szumiących drzew,

herbaty z termosa pitej na zewnątrz,

lekkiego wietrzyka od czasu do czasu…?

Tak bez robienia fot, bez radiowych przebojów, bez… cywilizacji? Domki, kurki i prostota, woda zimna czy ciepła – nieważne.

I kto by będąc w mieście włączył ze mną rzewne polskie piosenki o treści w rodzaju:

ooo wsi których już nie maa?

Oooo stare drogi i płoty porośnięte…?

Kocham być w naturze, kocham zatapiać się w naturze.

Uczę się akceptować świat, w którym żyję (choć nadal duża część mnie uważa go za w dużej mierze ch$%^&y). Ale nie zaprzeczę, że tęskni mi się za światem, którego praktycznie nie znam: tym z rzewno-sloł-lajfowo-wstecznickich obrazków, że radosna wieś, radosne siedzenie na kocyku, ptaków śpiew, relacje międzyludzkie, ogniska, spotkania, w drewnie dłubania, dziergania, sadzenia, zachwyty, rozgwieżdżone niebo… To zawsze będzie mnie pociągało jak niezdrowe ciastka.

Jak to niezdrowe ciastka?! Przecież to piękny obraz takie życie, i w naturze, i dobrze jest ograniczać bezsensowne korzystanie z mediów, i to służy, i zdrowo, i bezstresowo, i całe minimalistyczno-sloł-lajfowo-rzuć-etat blablabla.

Zwyczajnie, na ten moment mam głęboką świadomość – gdyż świat w którym żyję, nie tylko ten, o którym fantazjuję, staram się brać pod uwagę – głęboką świadomość, że… nie samymi biedronkami żyje człowiek. O tym że slow life jest średniawy jako opcja życiowa pisałam też w jednym z ostatnich tekstów (o dziękowaniu).

Wyjedź na tę piękną wieś, przechadzaj się pomiędzy kwitnącymi jabłoniami, wyciągnij kocyk, książkę, herbatę, pogadaj z biedronką… i pewnie rzeczywistość za jakiś czas Cię kopnie, otrzeźwi. Oświeci i ukłuje.

Ale wróćmy do pięknych obrazków, bo oddychanie czystą naturą (chwała Pani, sezon kopcenia chyba się skończył!) i sloł lajf weekendowy są według mnie spoko, zdrowe, może nawet wskazane.

Pomijając wakacje dzieciństwa w podobnych okolicznościach natury… będąc tam w okolicach Wisły doznaję wrażenia, jakbym to dobrze znała, jakbym była z tym tak obmacana, jak gdybym w którymś z poprzednich żyć mieszkała nad rzeką. I to było radosne życie.

Bo skąd inąd te uczucia, to wrażenie, że znam coś na wskroś, że tam buszowałam i na co dzień takie widoki mijałam…? Skąd?

Oglądam jakieś takie…:

dawna wieś | dawne Bieszczady

i jakoś mi tak…

To znaczy już tego nie oglądam. Tylko jeden wieczór gdzieś w Wielkanoc. Nie oglądam, bo jakoś mi tak to dość niekomfortowe uczucie.

Tak czy inaczej, jeśli mogę się zanurzyć, nie widząc zbyt wielu żywych dusz, korzystam. Wyciągam Męża, który też to lubi, ale czasem wymaga wyciągania właśnie. Biorę wodę, jeden rodzaj przekąsek, chusteczki i Chłopaków. I sobie wędrujemy, i sobie zwiedzamy. I sobie oddychamy. A natura wybieguje nam dzieci.

I ten moment kiedy twój Men zabezpiecza swe stado przed potencjalnie groźnym wiejskim a’la-rottweilerem :) Chwała, że nie wybrałam niemoty, która pszczółki się boi, i się musi kremikiem posmarować, i w tych butach nie może tam pójść, i ojej wiatr wieje.

Swoją drogą, pierwszy raz nie bałam się pszczół i podobnych owadów. Zawsze przy nich panikuję. Na tym spacerze na ścieżce jakieś trzmielo-bąko-pszczoły były ustawione co dwa metry. Plus latały po bokach i na wskroś. A ja byłam spokojna. Coś się zmienia, może oś Ziemi się przekręca czy cuś.

Przyroda więc. Natura. Tego potrzebuję. Jakiś spokój. I nie wiem co jeszcze. Ale to jest balsam, to jest… szklarnia. Miejsce ciepła, ciszy, bezpieczeństwa, ukrycia, regeneracji, zawieszenia poza czasem.

Żaden park w mieście z ładnymi ławkami i alejkami Wam tego nie da. Żaden Nałęczów ani Łazienki Królewskie. Nałęczów też potrzebny, tak jak i rynki, i miasta. Kontakt z niepoirytowanymi ludźmi – najłatwiej w parku, bo tam się idzie dla relaksu, nie dla pracy, nie dla pędzenia, nie dla plotek.

Ciekawe, czy coś z tych luźnych i wzajemnie sprzecznych myśli zrozumieliście… No powietrze mnie otumaniło, nie będę tego logiczniej układać. Po prostu byliśmy na spacerze w okolicach Nadbrzeży, czyli w okolicach Wisły przez Wwą, i to moje zdjęcia, i mój fylm.

Zasada numer jeden każdego fotografa-amatora: jeśli nie ma słońca, nawet nie wyciągaj aparatu. No sory, wyciągnęłam, nie wiem, kiedy będzie słońce.

A rok temu w tych okolicach w innym miejscu było tak.


Przez ten link możesz dostać 50 zł zwrotu za zrealizowany pobyt z Booking.


Jeśli lubisz moje teksty, zapisz się na otrzymywanie info o nowych na maila.
A jeśli uwielbiasz moje teksty, kup mi ciastko.