W kwestii wychowania Dziecka nie zaufałam póki co żadnemu -izmowi. Nie twierdzę, że są złe. Po prostu zostawiam miejsce na swoją intuicję i własne przekonania.

Moje pierwsze zetknięcie się ze spojrzeniem Marii Montessori na rozwój dzieci zbiegło się w czasie z wejściem mojego Syna w nowy etap.

Kiedyś pisałam tu, że niemowlak nie potrzebuje oddzielnego pokoju. U nas sytuacja zmieniła się po opanowaniu sztuki chodzenia przez Syna – poczułam, że to czas na próbę spania osobno. Sensownie jest w takiej sytuacji przygotować dla dziecka jego własną przestrzeń, nie tylko do spania.

A dlaczego bez kupowania? Po pierwsze, oddzielny pokój to była początkowo próba. Jeśli dziecko nie odnalazłaby się w takim układzie, rodzic żałowałby wydanej gotówki. Po drugie mam świadomość tego, że potrzeby się szybko zmieniają i po prostu nie chcę niepotrzebnie inwestować. Po trzecie: wrażliwość na samopoczucie planety. Nie chcę dodawać śmieci, których nie muszę.

Montessoriańskie podejście do dziecka zakłada szacunek do małego człowieka, co dla mnie jest niesamowicie ważne. Według tej szkoły nie karmimy opowieściami o smokach i księżniczkach ani piosenkami o spopielnika czy też innych paziach dziecka, które jeszcze nie poznało niesamowitego świata – tego wiecie, prawdziwego.

Powoli, z szacunkiem uczymy dzieci świata. Pozwalamy uczestniczyć, pokazujemy, pomagamy. Nie naciskamy, by nie zniechęcić do rozwoju. Dzieci mają ciekawość świata, chęć bycia lepszym, nauki, poznawania, zdobywania. Kogo szkoła nie zjadła, ten jako dorosły też chce się uczyć i rozwijać. Nie z powodu potrzeb rynku (doskonalenie:http://www.e-opex.pl/), ale własnych (próbowanie nowego – tego, na czym się w ogóle nie znamy). Chce spróbować tego, posmakować tamtego. Aż niechcący trafi na wielką pasję.

Szacunek do dziecka to udostępnianie mu przedmiotów i czynności, umożliwianie mu bycia człowiekiem takim, jak my, tylko mniejszym. Czyli sam może obsłużyć swoją szafę, wybrać książki do czytania, wejść do łóżka lub z niego wywędrować.

Otoczenie dziecka dobieramy z szacunkiem dla naszej ludzkiej natury. Bez komputerów, kabli, plastików i bolących kolorów. Ładne zabawki z naturalnych materiałów. Do tego żołędzie, kasztany.

Jak konkretnie zorganizowałam ten super pokój bez kupowania?

  • Łóżko: materac z nielubianego łóżeczka położony na podłodze, uzupełniony kocami, pościelami, poduchami – nimi tez zabezpieczone ściany. Do spania, karmienia, ciałkowych zabaw i czytania.
  • Stolik do zabawy: nieużywany kawowy stolik sprawdza się idealnie.
  • Szafka do przechowywania: kupiona Synowi jeszcze w ciąży. Dziecko może mieć dostęp do pampersów i ubrań, i podawać Mamie, co akurat potrzebne. W zależności od nastroju zawartość może też zostać rozniesiona po całym domu. Po kilku takich zabaw ubranka jednak przeniosłam do najwyższej szuflady, którą obsługuje tylko Mama.
  • Szafka na książki: dawna szafka nocna po wyjęciu szuflad. U nas to mebel ważniejszy chyba od łóżka.
  • Przebieralnia/przewijak: kanapa.
  • Mata na podłogę do zabaw: przekazana do pokoju Syna, bo przy nim trudno byłoby mi ćwiczyć jogę.
  • Zabawki: nazbierało się ich tyle, że niepostrzeżenie dla Męża pozwoliłam sobie schować te grające, wiele plastikowych oraz beznadziejne książeczki z dala od wzroku. Do zabawy jest trochę plastików, ale też drewniane zabawki, metalowe zakrętki, papierowa kulka, dwa pluszaki, butelka z żołędziami oraz kasztany.

Czego z zaleceń Marii Montessori (jeszcze) nie wprowadziłam?

  • Lustra: jakoś nie wyobrażam sobie, żeby Syn się dłużej skupił na zabawie z lustrem. Poza tym jakoś nie wyszło mi zorganizowanie tego. I szkoda trochę wiercić w ścianie, skoro robię przemeblowania co kilka tygodni.
  • Obrazki, wiszące na wysokości wzroku dziecka: po prostu wiem, że by nie powisiały.
  • Pudełka ze skarbami – przedmiotami o rożnych fakturach, ciężarach itd.: po prostu wiem, kto by je sprzątał.

Bardzo dobrze nam z tym pokojem.


książka o minimalizmie

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: