Pani Strzelec: Plac zabaw – refleksje, po których zechcesz opuścić miasto już dziś - blog Pani Strzelec o świadomym życiu i macierzyństwie

Na moim osiedlu, wybudowanym według ambitnego projektu w PRLu, pomiędzy blokami było wiele małych placów zabaw. W ciągu ostatnich kilkunastu lat zlikwidowano je. W miejscach drabinek mamy alejki i placyki. Tam, gdzie były piaskownice, teraz są piękne klomby. Pozostał jeden zapuszczony plac zabaw, być może nie należy on do spółdzielni. Spółdzielnia natomiast zamiast wielu placów pozostawiła jeden: duży z naprawdę atrakcyjnymi sprzętami. Ale jeden. Na tysiące mieszkańców.

Wszystkie dzieci i wszyscy, którzy się nimi opiekują, a nawet przedszkola i domy dziecka – przychodzą na ten jeden plac.

Pani Strzelec: Plac zabaw – refleksje, po których zechcesz opuścić miasto już dziś - blog Pani Strzelec o świadomym życiu i świadomym rodzicielstwie

1. Dziesiątki dzieciaków w jednym momencie na jednej ograniczonej przestrzeni.

Rodzice z wózkami i całym okołodzieciakowym taborem produktów już się mieszczą na ławkach, na których mogą się dzielnie smażyć. Trzeba sprytem i szybkością walczyć o wolne miejsce.

Dzieci od małego przygotowywane są do życia w naszym społeczeństwie: tak jak rodzice liczą na znalezienie miejsca parkingowego, denerwują się na jego brak i walczą o właśnie zwolnione. Setki dzieci na jednym placu zabaw przeżywają te same nerwy i emocje, chcąc skorzystać z zabawki. Wszystkie huśtawki zajęte, miejsca pilota samolotu jest tylko jedno…

2. Dzieci traktują innych jak powietrze.

Dosłownie. Byłam tego świadkiem. Społeczeństwo jakichś zombie nam rośnie.

3. Mamy kwoki siedzą, albo i całe grupki z tatusiami i znajomymi. Jak dziewczynki i chłopcy w szkolnych grupkach.

Na swoje dzieci nie zwracają uwagi. Ja na tym placu jestem od tygodnia, maksymalnie godzinę dziennie. To chyba nie dużo. Plac wielki. A już dwa razy jakieś dziecko prosiło mnie o pomoc, bo podejrzewało, że na rodzica nie ma co liczyć, a w drugim przypadku – bo tego rodzica zgubiło (co rodzicowi nie przeszkadzało – zajęty był rozmową z własnym towarzystwem).

4. Dzieciaki z całego osiedla drą się na tym jednym placu zabaw.

Dzieci, nastolatki, odbijające się piłki… To na pewno nie jest zdrowy poziom decybeli.

5. Dzieciaki zapychane są bułami i słodkimi soczkami dla dzieci.

To ja tutaj skopiuję fragment z innego artykułu, może komuś otworzy się głowa na prawdę:

Nie, wielkie firmy nie są od dbania o twoje samopoczucie ani zdrowie!

Ani wielkich firm, ani rządów jakiegokolwiek państwa czy innej organizacji nie obchodzi twój dobrostan finansowy, psychiczny, duchowy ani twoje zdrowie.

Dentysta zarabia na zepsutych zębach, w zdrowych nie ma żadnego interesu. Firmy farmaceutyczne zarabiają na chorych, nie na zdrowych.

Tak, musisz sam się sobą zająć, wziąć swoje życie i jeśli ci zależy także swoje zdrowie we własne ręce, bo nikt inny za ciebie tego nie zrobi!

I jeszcze zalinkuję do świetnego artykułu, w którym Pepsi Eliot trafnie wypunktowała sprawy typu: proszki do prania zabijają miliony osób rocznie, ospa zabija do stu osób – o już wcześniej mocno osłabionym zdrowiu. I szczepienia na odrę państwo nam nakazuje, natomiast nikt nie zakazuje sprzedaży proszków do prania: KLIK.

6. Plac zabaw chorych: co drugie, trzecie dziecko nosi okulary.

Na placu zabaw. Czyli chyba są półślepe. Przynajmniej w okresie mojego dzieciństwa okulistyka wyglądała tak, że koleżanki i koledzy, noszący okulary, zdejmowali je do aktywności fizycznej. Widzieli.

Nie chcę dać ci do zrozumienia, że jestem aspołecznym dziwakiem. Chcę podsunąć ci myśl, że miasto – gęste skupisko obcych sobie ludzi, nie jest naturalnym ani dobrym miejscem do życia dla homo sapiensów. Chcę ci powiedzieć, że nie chcesz wychowywać swojego dziecka w mieście.

To było o zdrowiu, teraz będzie wtręt narzekający o ludziach zaprogramowanych przez państwo i możnych na bezmyślność i posłuszeństwo:

Zamiast wielu placów zabaw mamy jeden wielki. Duży, atrakcyjny, z co chwila nowymi sprzętami. Do tego państwo dało 500 zł na dziecko i 1000 zł na matkę. I ludzie są zadowoleni.

Władze zbudują ci jeden plac zabaw, dadzą pięć stów na dziecko i myślą, że będziesz zadowolony. A ty niestety prawdopodobnie jesteś.

Damy ci kapustę na konto co miesiąc, załatwimy ci, że będziesz miał możliwość zwrotu bez powodu w sklepach, damy ci darmową edukację, dodotujemy kredyt, a twoja matka będzie mogła umrzeć w naszym szpitalu, nie wymagając od ciebie zmieniania pod nią zabrudzonej pościeli. Damy ci. Dajemy. Tylko nie myśl. Nie pytaj. Dostałeś plac zabaw i pięćset na dziecko, masz darmowe szczepienia – masz już nic więcej nie chcieć.

I nie chcą. Słyszałam rozmowę kilku facetów, z których jeden przeprowadził się niedawno z rodziną na nasze osiedle. Podziwiali – jak to faceci – wojskowy samochód, który jest jedną z atrakcji placu. I tatuś wymienia jednym tchem:

– Tu mamy plac zabaw, tam (ręka w lewo) przedszkole, tam (z tyłu) szkoła, tu jeszcze przychodnia, tam (za szkołą) warzywniak.

– No to nie żałujecie.

Nie żałują. Jest dokąd oddelegować dziecko i gdzie je wypasać po godzinach otwarcia państwowych placówek. Jest blisko pani, która zawsze przepisze jakiś syropek i antybiotyk, nieistotne, że nie wie na co. Warzywniak, w sensie piwo i buły, jeszcze żeby telewizor na ścianie w mieszkaniu wisiał. Mało ludziom trzeba.

W planach mam dla Was mądry i ładny tekst o prawdziwym rodzicielstwie, które istnieje (taak!) poza tym wypaczonym obrazkiem.

Zerknijcie też na refleksje Bartka, autora bloga Rodzina w Praktyce: Czego się nie robi na placu zabaw.


co czyta pani strzelec

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: