Kultura masowa zachęca nas do rozwoju. W ośmiuset sześćdziesięciu sferach. Co najmniej. I co my z tego mamy? Niezadowolenie, braki w szczęściu, radości, spełnieniu i satysfakcji. Błagam: wybierzcie czasem mniej rozwoju osobistego!

Bo jeśli postanowię sobie wstawać godzinę wcześniej, to znaczy, że teraz wstaję godzinę za późno. Jestem kiepska.

Jeśli postawiłeś sobie za cel napisanie trzech książek, a skończyłeś dopiero pierwszą, jesteś w tyle w porównaniu do upragnionego stanu.

A gdyby tak odpuścić? Nie chcieć niczego więcej. Bo to więcej w kwestii naszej osobowości, charakteru, nawyków, sytuacji zawodowej, prywatnych relacji… – to więcej i tak nadejdzie. Gdyby odpuścić to pięcie się i wymaganie od siebie rzeczy nad wyrost, można by… być zadowolonym. Zająć się codziennymi sprawami. Być w pełni obecnym w tych codziennych czynnościach. A może cztery poziomy wyżej: być w pełni obecnym w codziennych bezczynnościach?

Badania (do których nieprofesjonalnie was nie odsyłam) wskazują na to, że jeśli mamy spełnione podstawowe potrzeby (schronienie, ubranie, jedzenie), wtedy ilość pieniędzy nie wpływa na poziom naszego szczęścia. Czy to nie fantastyczna wiadomość?

A pewnie co najmniej połowa ludzi rozwijających się, rozwija się dla pieniędzy. Coachingi, osiąganie celów. Opanowanie siebie – ciała, nawyków, pragnień, słabości, przeziębień, zmęczenia – dla większej produktywności. Dla lepszych wyników. Dla pieniędzy. Jak być liderem, przedsiębiorczym, jak zarządzać, firma w siedemdziesięciu krajach, sukces w trzy dni. Ukształtować siebie dla boga produktywności. (Polecam również tekst: Nie chcę być produktywna.)

Wielu ludzi ma dzisiaj obóz koncentracyjny w sobie. Sami sobą zarządzają jak robotnikami, których ludzkie ciągoty, pragnienia, skłonności i słabości nie liczą się, muszą zostać zdeptane. Mają być dobrze zorganizowani procedurami, układni, sterowalni, produktywni. Cel ich egzystencji to: robić.


Dzisiaj, czując ogarniającą mnie senność w południe (ciśnienie? brak kawy? zmęczenie codziennością matki?) pomyślałam, że zima jest do spania. Tak po prostu pomyślałam. Że zimą można by więcej spać. Zregenerować się jak niedźwiedzie, drzewa i ziemia. Nie-być. Tak ze dwie dodatkowe godziny na dobę.


I powiedzcie mi, ile osób by się na to zdecydowało? A większość osób z naszego kraju na to stać. Wystarczyłoby wyrzucić ze dwie rzeczy typu: Chodakowska, fitnesy, siłownie, kursy hiszpańskiego, pranie firanek, dobieranie stroju, codzienny makijaż, porządek w biżuterii, przepisywanie list z rzeczami do zrobienia.

Wiem, może być trudno olać przekaz, który żyje nawet w naszych bliskich, przekaz mówiący: staraj się być najlepszy we wszystkim. I mąż mi mówi, że nieodkurzone, a mama się dziwi, że nie gotuję obiadów. Trudno.

Skoro nikogo nie krzywdzę, skoro dbam o siebie i rodzinę, pozwalam sobie… żyć.

Możesz tak jak ja, więcej spać. To znaczy wykreślić na zawsze (nie tylko na ten jeden wieczór) ze swojej listy zadanie uporządkowania czegośtam. To znaczy nie wymyślać sobie wstawania o czwartej, bo tak robił ktośtam i odniósł sukces.

Możesz żyć, nie prąc na rozwój, a wszystko, kim masz być, i tak do ciebie przyjdzie.


co czyta pani strzelec

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: