Czyli zwolnij, poobserwuj i zobacz.

Zobacz, że kiedyś mieszkaleś w Polsce, gdzie zima, wiosna, lato, jesień, a w złotej polskiej jesieni to ludzie w kurtkach przechadzali się w promieniach słońca na tle kolorowych liści drzew.

A dzisiaj?

Zatrzymaj się, poobserwuj, podejdź bliżej natury, przestań pracować i komputerować w nocy, popatrz czasem w nocne niebo (dzienne też) i okaże się, że…

może mieszkasz na pustyni? Padało u Ciebie ostatnio tak konkretniej, żeby chodniki nie wyschły w dziesięć minut po opadach?

Ja jestem teraz na pustyni. Wstaję rano, mija parę godzin, ubieram dzieci na dwór tak cieplej i z bluzami. A Mąż, który zimę potrafi przejść bez kurtki, pyta, czy nie będzie im zimno. Znaczy rano jest konkretnie zimno. Tak na kurtkę. Tak, że boli wyjść spod kołdry w ten chłód.

A potem… Krótki rękaw, okulary na oczy i porządne opalanie go-dzi-na-mi zupełnie możliwe.

A wieczorem chłód znowu, że boli w łazience nieubranym być.

Czy to nie jest opis wahań temperatur na pustyni? Więc przybijamy sobie piątki w tej naszej Arizonie.

I zmierzamy jak co roku na Syberię. Czas od listopada do maja nazywam po prostu Syberią.

Tak sobie latamy bez ruszania tyłka. Tak nas Ziemia lata.