zmęczona oczekiwaniem produktywności

Wszystkie obozy: i popularne media, i minimaliści przyjęli założenie, że tym, czego pragniemy i potrzebujemy, a przynajmniej pragnąć i potrzebować powinniśmy, jest większa produktywność. No żeby szybciej kończyć prjojekty i przechodzić do następnych. Piąć się, niby-rozwijać. Żeby i ugotować, i sprzątnąć, i okna umyć, w tym samym czasie nadzorując remont osiemdziesiąt kilometrów dalej. I sumiennie realizować wpisane w grafiku bieganie.

Szeroki przekaz medialny nastawia nas na łapanie wszystkich możliwych srok (każda jest ważna, a nawet niezbędna!) i gonienie za oddalającym się jak horyzont sukcesem. Slołlajfowcy, minimaliści, esencjaliści i tym podobny pomiot zbyt często zarzuca nas niezwykle podobnym podejściem: pnij się. Tyle że wybierając garść, nie stos zadań w jednym czasie.

Taki Leo Babauta. Lubię go. Minimalista. Ale jednocześnie: zadaniowiec, listowiec, osiągnieniowiec. Facet może nie chwali się nowym zestawem kina domowego w komplecie z lśniącym autem, ale pręży mięśnie, pręży dietę i kto wie co tam jeszcze. Kołcza zatrudnia i osiąga. Odhacza, wykreśla, odwala, pnie się, przerzuca te tony węgla.

A co to byłby za świat, gdyby tak każdy chciał osiągać, piąć się? Czy byłoby komu zamiatać liście z chodników i odnosić kubki do kuchni? Gdyby wszyscy osiągnęli przeciętnie rozumiany sukces – kim by ci wszyscy dyrektorzy zarządzali? Kto szykowałby kanapki wypoczywającym na plaży biznesludziom?

A gdyby wszyscy przestali się piąć? Przecież robienie zwykłych, prostych rzeczy jest ważne, a nie – jak sądzi wielu osiągnieniowców – hańbiące. Buty, posiłek, ściany, podłoga, dach, muzyka, dobry lekarz – czy nie takich prostych rzeczy potrzebujemy? W wolnym czasie jakiś nowy Edison by pogłówkował i uszczęśliwił nas kolejnymi udogodnieniami. Bez tytułu profesora osiemnastu uczelni. Bez tuzina makulaturogennych doktorantów.

Albo gdyby każdy był kreatywny. Kolejny wtłaczany nam nonsens. Gdyby każdy rzeczywiście wysilał się i wymyślał nowe i oryginalne. Jakoś chleb jemy od tysięcy lat i jest ok. Pomidorową znam od niemal ćwierć wieku i nie widzę potrzeby silenia się na zastąpienie jej czymś innym, kreatywnym lub – tfu! – innowacyjnym.

Ta cała kultura mnie nie omija. Zanurzona w przekazie – wchłaniałam. Ale to nie moje. To nie ja. Od teraz oficjalnie olewam produktywność. (Podobnie jak zdecydowałam się na zmiany na blogu, dzięki którym będę działać w zgodzie ze sobą).

Zanurzona w przekazie, chciałam być produktywna. Plan tygodnia zmieniałam, dostosowywałam niby do siebie, ale zawsze był to sztuczny, jakby narzucony z zewnątrz nakaz. Miałam być robocikiem, trybikiem, kratką w grafiku z zadaniem do wykonania od godziny do godziny.

Ostatni rozkład tygodnia był fajny. Jedno duże zadanie na dzień (poza obowiązkowym związanymi z Synem, domem i pracą). Udawało mi się realizować 3/5 planu. To nieźle jak na mnie, bo z natury nie poddaję się kratkom i mało który sztucznie nałożony schemat może wytrwać u mnie dłużej niż tydzień. A jednak. Przykładowo teksty na tym blogu pojawiały się elegancko w każdy wtorek.

Ale guzik z tym. To też była kratka. Ruszt, sztuczność, szufladka. Kiedy robię coś na siłę, nie wychodzi to na dobre. Nawet jeśli jest ok, ja pamiętam swoje uczucia, towarzyszące wykonywaniu tej rzeczy. I to wystarczy, by na wiele nawet udanych spraw patrzeć z grymasem.

Chcę robić to, co chcę. A co! Mogę!

Jestem matką. Super mamą. Lubię to. A czasem nie. I nie jestem produktywna. Sprzątanie, zmywanie naczyń, ubieranie Dziecka, odkładanie zabawek ani pranie nie są produktywne. To są zwykłe codzienne czynności, w dodatku jak dobrze byś ich nie wykonał, i tak czeka cię powtórka. Życie. Banalne. Można to zwyczajnie zaakceptować.

Nie chcę być typem osiągnieniowca. Nie jestem (z natury swej, bo na siłę próbowałam) z gatunku tych matek, co to po całym dniu z energicznym niemowlakiem pracują do trzeciej w nocy. Albo specjalnie wstają o czwartej rano – tym to trochę zazdroszczę.

Ja po prostu (od teraz) pozwalam życiu toczyć się swoim torem. Mogę korygować jego kierunek, ale nie rzucam nim, nie eksperymentuję na granicy nierozsądku. Nie jestem bierna, ale też nie chcę już się szarpać. Tak zwany sukces przyjdzie swoją ścieżką. Pragnienie, plan i trochę pracy. Trochę.

Kolejny banał, który może każe wam zamknąć kartę – mimo wszystko przytaczam: życie to to wszystko, co dzieje się… tzn. co trwa albo co istnieje często niezauważane pomiędzy. Zabawa, a nie uff, dobra, wystarczy, mówiłam że po tej książeczce mama idzie robić pranie. Krojenie, mycie, przekładanie i odkładanie do szafki, a nie jedzenie czegośtam przed ekranem lub na stojąco. Gapienie się w przestrzeń, a nie przeglądanie listy zadań. Trzy świadome wdechy świeżego, mroźnego powietrza (przecież narzekałaś na brak zimy!), zamiast mamusi już zimno, idziemy, tam, nie tam! Patrzenie na śpiące dziecko, patrzenie na bawiące się dziecko. Poleżenie z odłożonym właśnie do snu dzieckiem. Gapienie się w przestrzeń, aż herbata wystygnie. Marnowanie czasu na banalne przebimbanie dnia z bliską rodziną, wspólne gotowanie i opowiadanie po raz siedemnasty o tym samym. Sen. Sen, sen.

To wszystko jest życie, i ja teraz chcę pożyć. Są rzeczy niezbędne do zrobienia, ale chyba sporo mniej niż nam się wydaje (co dzielnie udowadniają minimaliści). Są pieniądze warte zarobienia, ale chyba sporo mniej niż nam się wydaje (co dzielnie udowadniają minimaliści).

Czy nie jest tak, że z natury jesteśmy jacyś, próbujemy zmienić się na niby-lepszych (tzn. odpowiadających aktualnym wyznacznikom ideału), po czym wracamy do bycia sobą, bo to jest najlepszy kształt, jedyny, w którym możemy wykonywać swoje sprawy najlepiej?


co czyta pani strzelec

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: