Postanowiłam dzisiaj poćwiczyć. Ciało matki maluszka wygląda dobrze, ale co jest w środku, jak tam z mięśniami, napięciami, nierównym wysiłkiem prawej i lewej strony ciała, garbem od noszenia na brzuchu i kręgosłupem – tego nie wiem, ale podejrzewam, że warto zadbać o te sprawy, póki nie przybiorą zbyt poważnej formy.

Więc w trakcie drzemki Syna szybko zainstalowałam używaną kiedyś aplikację Daily Yoga. I na podłogę. Tu siedzieć, tu ręka, tu cośtam, skłony i stanie minutę w rozkroku. Jakby kawa niewystarczająco mi łydki uwrażliwiła. Wybrałam sesję dziesięciominutową i nie wiem po jakim czasie, wyłączyłam to dziadostwo.

No na co mi to? Jak debil męczę się na twardej podłodze we własnym domu w czasie, gdy mogłabym robić tyle innych rzeczy, ze spaniem włącznie.

Pisałam już, że dzisiaj ludzie mają obozy koncentracyjne zainstalowane jako domyślne oprogramowanie. Ponoć pięćdziesiąt lat temu zawodowi sportowcy nie stosowali takiej dyscypliny, takich treningów i diet, jak dzisiaj amatorzy. Sami sobie to robimy. Że po pracy i ogarnięciu domu pieczesz cośtam, malujesz, idziesz na kurs fotografii, hiszpańskiego, joga, siłownia, Chodakowska, mielisz szejki, buuuuczysz soki i przygotowujesz owsiankę na rano. Do tego musisz przeczytać wszystkie top ęd trędi książki, jakby one cokolwiek były warte, albo jakby były dla ciebie pisane. Nie są. Tylko podmarketingowane są mistrzowsko. Dla twojego portfela.

Aha, jeszcze ogródek załóż. No przynajmniej bazylię i pomidorka na balkonie. Nie zapomnij o sezonowych DIY dekoracjach domu.

Po co się męczysz, człowieku? Jeśli dlatego, że chcesz – proszę bardzo, super. Jeśli dlatego, że jakiś zewnętrzny głos ci zasugerował – wal to.


To już trzeci napisany przeze mnie w ostatnim czasie tekst, negujący sens walki o produktywność. Możecie zajrzeć do poprzednich:

Nie chcę być produktywna

Piekło rozwoju


co czyta pani strzelec

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: