Moje początki jako minimalistki oraz stare znajome Kontrola, Planistyka i Organizacja - blog Pani Strzelec

Nadmierna potrzeba kontroli, pedantyzm I takie tam. Tak naprawdę od tego właśnie zaczął się mój minimalizm.

Kilka lat temu zaczęłam trafiać na pierwsze artykuły o minimalizmie. I weszłam w to od razu. Bez wątpliwości. Bo grunt był przygotowany.

Jak wyglądał grunt? Bardzo pedantycznie. Był uporządkowany, ułożony równo i według kategorii, odkurzony i pachnący preparatem do mebli na literę pe. Sprzątałam, porządkowałam, układałam, organizowałam. Zeszyty, książki, pisaki, kredki, ubrania, papiery, biżuterię, pamiątki, dekoracje… Już wtedy szalenie cieszyło mnie pozbywanie się kolejnych rzeczy, ale nie to było celem przeglądów swojego dobytku i układania. Wyrzucanie wychodziło przy okazji, niechcący.

W momencie natknięcia się na przykłady minimalistów byłam zupełnie gotowa podążyć ich śladem, bo zauważałam, że znaczna większość przedmiotów, które przeglądam i układam jest ruszana przez mnie… jedynie w czasie tych porządków.

Tak było.

Miałam kredki, kartki. W przeszłości rysowałam, malowałam, byłam w tym dobra i wyróżniana. Kiedyś sobie porysuję. Muszę rysować. To fajnie rozluźnia. To to i tamto. Kreatywność pobudza, rozluźnia, być tu i teraz, pasja, blablabla i cała reszta pięknej teorii. Tylko co z tej teorii, skoro w swoim życiu jak się okazuje nie miałam czasu na rysowanie? I tylko układałam te kredki, czyszcząc ich pudełko. Nieużywane i schowane przecież i tak nie miało okazji się zabrudzić…

Kawałek po kawałku, grupka rzeczy po grupce rzeczy – pozbywałam się. Bez wątpliwości, bez sentymentów, bo już trochę znałam siebie i wiedziałam jak często tych rzeczy używam. Że wyciągam je tylko po to, by je ładnie ułożyć.

Z czasem zorientowałam się także, że nie bardzo jestem w stanie przeczytać drugi raz książkę, nawet jeśli była dla mnie ważna i zmieniła coś w moim życiu. Nie potrafiłam. To były słowa na konkretny czas w moim życiu. Jak odgrzewany obiad, a raczej sporo słabiej. Podobnie z zaglądaniem do starych notatek.

I jest dzisiaj. Patrzę na siebie i… ja ciągle organizuję. Jeśli nie rzeczy, to zadania. Albo przestrzeń w ramach tych rzeczy, których się nie pozbędę. Jakoś wyjątkowo potrzebuję poczucia ładu, czystości, ciszy i spokoju, by… zacząć cokolwiek. I to jest ograniczające.

Czy może nazwać to ograniczenie sloł lajfem i kontemplacją, uśmiechnąć się szeroko i udawać, że jest bosko?

Przytuliłam się do minimalizmu z chorych pobudek. Zostałam minimalistką. Ale chora potrzeba kontroli wciąż jest ze mną. Ograniczyłam jej włości, ale sama chyba wciąż jestem pod jej rządami.

Nie jest bosko. Nowa materia mnie nie interesuje w ogóle. A ta, którą mam… Ma mnie. Tak jest. Przynajmniej w jakimś stopniu. Mam w sobie taki mechanizm.


ksiazka o minimalizmie

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: