Mój nowy sposob na to-do-listy - blog Pani STrzelec - inspiracja, minimalizm, slow life, produktywność

Dobre kilka lat temu po raz pierwszy spotkałam się z pomysłem, by listę zadań do zrobienia przepisywać z głowy na kartkę. Że to przynosi ulgę, że po spisaniu wszystkiego – w głowie jest mniej stresu, bo nie musisz tego wszystkiego pamiętać. I być może pomaga to też w zakańczaniu tych spraw.

Taka teoria. Wy ten sposób na zadowolenie z życia znacie też od dobrych kilku lat.

Tylko czy to działa?

U mnie trochę działało. Trochę działało, czyli jednak nie było ekstra rozwiązaniem.

Nieraz rozwalało mnie po prostu to, że lista jest długa. Nawet jeśli rzeczy bieżące, małe i konkretne były na innej liście niż marzenia, pomysły i cele wieloletnie.

Patrzyłam. I wiedziałam, że jeśli wybiorę jedną rzecz, to inne i tak pozostaną niezrobione… Zacinałam się nad wyborem, na którą rzecz teraz poświęcę swój czas.

Często wybierałam zadania-drobiazgi, a poważne sprawy tak czekały i czekały…

Nie działało.

Dopiero niedawno trafiłam na sposób, który współgra z tym, jak ja jestem skonstruowana – co na mnie działa, a co nie.

Wcześniej wiele zadań zapisywałam w kalendarzu w telefonie. Tylko wcale nie codziennie tam zaglądałam. Olewałam spisane przecież przez samą siebie ważne sprawy. Albo wchodziłam raz w tygodniu i sporej porcji zapisków przestawiałam tylko daty na późniejsze i późniejsze…

Mój nowy sposób na to-do listy

Aplikacja wunderlist (darmowa). Pewnie jest wiele podobnych. Wpisujesz zadania, możesz je porządkować wg kategorii/folderów i ustawiać dla nich daty wykonania, w tym regularne powtarzanie np. co miesiąc.

Kiedy coś mi przyjdzie do głowy, wpisuję, nadaję datę, ale najlepsze jest to, że kiedy chcę sprawdzić, co powinnam zrobić, wchodzę w boską zakładkę

DZISIAJ

Ja nie widzę, ile mam jeszcze zadań do zrobienia! Nie widzę tej długiej listy, która zawsze mnie osłabiała! Widzę tylko te kilka spraw, wybranych na dzisiaj.

I nawet nie wiem kiedy, krok po kroku idę do przodu. Małymi zmianami. Drobnymi kroczkami. Efektami motyla czy innym kaizenem.

Czy coś może pójść nie tak?

Żeby nie było tak różowo, po paru tygodniach wróciło mi przesuwanie zadań na kolejne i kolejne dni.

Co zrobiłam? Mniej sobie ładuję. Nie za dużo zadań na jeden dzień, bo wtedy, patrząc na taką listę, znowu się zatnę.

I NIE POZWALAM sobie na wykonanie więcej niż na liście. Bo bym się zamęczyła. Nie fizycznie, nie w danym momencie, ale w perspektywie. Bo co z tego, że dzisiaj wyrobię 500% normy (bo mogę!), skoro znienawidzę swojej pracy? Chcę jutro do pracy usiąść świeża i z chęcią. Jeśli dzisiaj chce mi się coś dalej robić po zrobieniu wyznaczonej partii, to prawdopodobnie jutro będę garnęła się do tego zadania.

Oj, jestem typem pracoholika. Śpię, bo muszę. Jem, bo muszę. Ale leczę się z tego, leczę. Dla zdrowia i dla… życia, które polega też na nic-nie-robieniu, snuciu się, przyjemnościach i powolności.

Nie jest to na pewno rozwiązanie dla każdego. To jest metoda, która na mnie działała. I mam wielką radochę, że w końcu ją znalazłam.

P.S. Dla tych, którzy czytają po angielsku: w czerwcu może mnie być więcej TU niż tu.


co czyta pani strzelec

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: