Na początku września, w ramach międzyblogowego projektu Eksperymentujesz?, podjęłam się przejścia na dietę informacyjną, której przyczyny i zasady opisałam tutaj. Czas na podsumowanie tego miesiąca.

Jak było? Kilka następujących po sobie dni z mocno ograniczonym dostępem do informacji skutkowało większym skupieniem. Jak miałam coś zrobić – robiłam. Z otwartą i jędrną ;) głową.

Tak jakby rozpraszanie się w czasie wolnym przekładało się na rozpraszanie w czasie przeznaczonym na wykonanie konkretnych zadań.

Tak bywało. Ale bywały też dni, kiedy popłynęłam w przeglądanie kolejnych stron. Wartościowych, ale niekoniecznie dających mi w tym momencie coś poza zajęciem czasu.

Ponownie zaobserwowałam, że czytanie w internecie o interesujących mnie sprawach jest jak czekolada – szybko (i na krótko) poprawia nastrój. Chowam się w tym świecie informacji, kiedy jestem zdenerwowana. Mając nowego członka rodziny na pokładzie i próbując to jakoś poukładać, łatwo było o chwile nerwów czy poczucie bezsilności. I wtedy chcę internetu.

O, jeszcze kwestia czytania internetu podczas karmienia piersią. Książkę też można. Jakoś tak czytam przy karmieniu. Przy pierwszym Synu doszłam do takiego momentu, że przeczytałam cały internet. Tzn. już nie mogłam wymyślić, na jaką stronę mogłabym wejść albo co wpisać w wyszukiwarkę z tematów, które mnie interesowały. Tak, przesyt internetem jest możliwy! Wszystko już przeczytałam. Teraz z kolei przy drugim Synu przeczytałam więcej książek niż przez kilka ostatnich miesięcy. Mając dwójkę dzieci w domu! Karmienie otwiera jakąś nową przestrzeń.

Co we mnie zostanie z miesiąca na diecie informacyjnej:

Technicznie: Zaprzyjaźniłam się z widokiem reader.

Uwielbiam w ten sposób czytać strony. Zastanawiam się, dlaczego wcześniej tego nie robiłam. Blogi bywają brzydkie lub piękne, portale na ogół obklejone są reklamami. Z wygodą czcionek dobranych na mobilne wersje stron bywa różnie.

W widoku reader mam zawsze jedną, wygodną czcionkę i brak przeszkadzajek.

Mam przed sobą samą esencję podaną w wygodnej formie. Treść. Artykuł. Bo ja na strony wchodzę po słowa. Jak będę chciała zdjęć, wejdę na instagrama.

W głowie: Potrzebujemy relacji, potrzebujemy ludzi, potrzebujemy swoich kręgów i społeczności.

Wynika to i z moich przemyśleń, i potwierdziła to lektura Być wolnym Toma Hodgkinsona (przeczytałam 2 razy, co mi się nie zdarza – to główny powód, dlaczego nie mam książek: wypożyczam, a jeśli kupuję, to puszczam dalej w obieg). Na temat relacji w kontekście wrześniowego eksperymentu z ograniczaniem elektroniki zwróciły też uwagę pozostałe dziewczyny.

Więcej czasu być z ludźmi. I bardziej być. Nie tylko obok. Razem. Bez ekranów. W relacji. Przeznaczać dla siebie nawzajem czas.

Dzisiejsza kultura próbuje odseparować od siebie ludzi. Samotnymi łatwiej rządzić i samotnym łatwiej sprzedawać. Produkty, ale też myśli, opinie, cały światopogląd.

Nasze społeczeństwo już sporo zaszło na drodze atomizacji. Ile mamy wokół siebie osób, które możemy odwiedzić lub zaprosić tak po prostu? Bez przygotowywania specjalnego poczęstunku, bez prezentów, bez sprzątania i ubierania się?

I coś na przekór, bo jestem człowiekiem, a nie ideałem:

Wszystko jest dla ludzi. Lepsza matka, która popłynie na chwilę w internet, niż matka – kłębek nerwów. Korzystajmy z elektroniki i informacji. A posty, diety i detoksy są fajnym kompasem, pokazującym, czy internet i komputer pozostają naszymi narzędziami, czy to one nad nami panują.


co czyta pani strzelec

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: