Ludzie byliby dla siebie milsi, gdyby pani premier nie rozdawała pomocy poszkodowanym - Pani Strzelec, swiadomie o panstwie

Jako minimalistka, zresztą w ogóle jako osoba urodzona po 1970 roku, nie bardzo rozumiem ideę dobytku życia. Chyba jeszcze prowadziłam swojego poprzedniego bloga, kiedy napisałam o tym, jak nie rozumiem powodzian. Bo czy kupowanie ziemi i chałupy na terenie zagrożonym powodzią to nie ich wybór i ich sprawa?

Do tego zalane piwnice i tapczany. A dla mnie wartością są np. umiejętności, doświadczenie, spryt, inteligencja, odwaga, kontakty, gotówka, ziemia, maszynki do robienia pieniędzy. Nie zastawa stołowa, nie graty, nie pamiątki, nie maszyny rolnicze. Nie zrozumiemy się z powodzianami z telewizji, więc odłożę ten temat.

A teraz gdzieś w Polsce zawalił się dom wielorodzinny. Pani premier zdecydowała o wyjęciu z naszej wspólnej, mojej i twojej kiesy, pieniędzy na renty i inne odszkodowania dla tych ludzi. A ja się nie zgadzam. Nie chcę. Nie pisałam się na to.

Nie jestem przeciwna wszelkiej pomocy. Wręcz przeciwnie. Niech ludzie pomagają innym ludziom w potrzebie. Jeśli chcą.

Pomogłabym wielu osobom w potrzebie. Siostrze, koleżankom.

Ale pewnym osobom bym nie pomogła. Jeśli robiłeś mnie w bambuko w biznesie, jeśli mnie oszukiwałeś, jeśli byłeś wobec mnie chamski – nie chcę, aby żadna przeze mnie wypracowana złotówka trafiła do ciebie.

A ja nie wiem, komu pani premier rozdaje nasze pieniądze. Może dobrym ludziom. A może paskudnym chamom, którzy całe życie jechali na cudzej krzywdzie. A takim to ja bym nic nie dała.

I nie dość, że pani premier rozdaje renty i mieszkania socjalne (jakim prawem?), to jeszcze poprzez wiadomości partia prosi o wysyłanie smsów, kasy na konto, o przynoszenie rzeczy dla poszkodowanych w jakieś miejsce. To ile tej pomocy? Każdemu za jedną zawaloną ruderę oddamy trzy pałace?

Nie ruszajcie mojej kasy, to miałabym z czego pomagać.

W takim układzie, gdy pomagać mogliby tylko prywatni ludzie lub ich zrzeszenia, zaczęłoby ludziom zależeć, by być w dobrych relacjach.

A przy pomocy poszkodowanym od zniszczonej kamienicy, ze wspólnej kiesy zniknie nie tylko piniondz, który dostaną na konto, ale wchłonięta zostanie w czarną otchłań także kasiora na papier, drukowanie, prąd i wypłaty dla pań, które te biurokratyczne papiery w sprawie odszkodowań będą mielić.

Nie współczuję powodzianom, którzy sami sobie wybrali takie miejsce do życia. Wiecie komu współczuję? Ludziom robionym w bambuko przez innych ludzi. Na przykład przedsiębiorcom, którzy sprzedawali przez internet papierosy elektroniczne. Zainwestował taki człowieczek swoją gotówkę, wykupił sklep internetowy i wszelkie potrzebne przy tym narzędzia, nabył wiedzę, zatrudnił kogoś, pozlecał różne elementy, zapłacił. Po czym ludki w parlamencie podpisały papier, że tera to sprzedawanie papierosów elektronicznych online bydzie nielegalne. Od dzisiaj. A masz!

I dopiero tym, którzy zainwestowali legalnie i z powodu decyzji innych ludzi mają z tego nic, tylko straty, tym to parlamentarzyści mogliby wypłacić odszkodowania. Bo to tak jakbym wprowadziła dzisiaj prawo, że każdy, kto kiedykolwiek przeczytał choć jedno zdanie z tego bloga, musi przepracować minimum dziesięć godzin na Przylądku Horn. Nie pisaliście się na to, prawda? Zimno tam i wieje. Ale dureń z parlamentu może was na to wpisać.


co czyta pani strzelec

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: