Na ile to sposobów można się dzisiaj dać przywiązać! Umowy tu i tam, kredyty, programy, pakiety, karnety, abonamenty, zbierania punkcików, ubezpieczenia ajfoników.

A ja tak lubię wolność.

Jak jest mowa o jakichś umowach, ot chociażby na internet, to ja mówię, że z mężem się związałam, z dziećmi się związałam, wystarczy. Wystarczą mi te trzy więzy. Duże, wielkie, piękne, poważne, wymagające. W pozostałych sprawach się nie wiążę.

Nie uczestniczę w żadnych programach lojalnościowych, zbieraniach punktów czy jak to nazwać. Dziesiąta kawa gratis za mój email, dziesiąta przejażdżka taksówką z rabatem za to, że przez siedem lat nie zgubię tej karteczki, punkciki i promocje na kartach…

Nie, dziękuję.

Po pierwsze, promocje mnie niezbyt ruszają.

Jeśli czegoś potrzebuję, kupuję to, niezależnie, czy jest w promocji czy nie. A jeśli kupowana rzecz jest zachcianką, to prawdopodobnie mnie stać w tej chwili. I jeśli stać mnie na 10 kaw, to na jedenastą też. A jeśli nie będzie mnie stać, to jej nie kupię i świat się mój nie zawali, bo to tylko kawa. Przykład w ogóle głupi, bo ja kaw na mieście nie kupuję.

Po drugie – związek.

Tak, robi się związek. Po to te karty są. Żebyś nie poszedł do konkurencji. Zyskasz na tym trzynaście groszy a może i nie, a łańcuch na szyję sobie dałeś nałożyć (kolorowe plastikosy do portfela). Albo podawanie nazwiska, maila, telefonu. Nie mam paranoi wszyscy mnie śledzą, ale po co to podawać? Zapisywać się, żeby potem kombinować, jak się wypisać z tych powiadomień?

Mi zawsze chodzi o jakość

Szczytem marketyngu była pracownica CCC. Szukałam i szukałam butów. Właściwie to nie mam tam czego szukać, bo mam rozmiar 35, ale że nadzieją matką wielu, zaglądałam z tą nadzieją… Szukam, szukam, widać, że nic znaleźć nie mogę, a nie odchodzę, bo potrzebę mam. Nadlatuje pracownica, pyta, pokazuje ze trzy sztuki 36. Mierzę, wcale niefajne, mówię, że te nie. Ona mi wyskakuje z kartą, dałam się zapisać, po czym pracownica… poszła. Ta sieć widocznie więcej ma z zakartowania człowieka niż ze sprzedaży jednej pary. Poszła zadowolona z podpisanym przeze mnie papirkiem, a ja zostałam i iiii… yyyy…

Nie wiążę się. Wolna jestem

Internet mam jakiś taki że co miesiąc mogę zrezygnować.

Telefon na kartę.

Nawet jak wykupuję dostęp do książek na legimi, wybrałam dla siebie sporo droższą opcję – bez dwuletniej umowy.

W tej chwili nie mam żadnych ubezpieczeń poza obowiązkowymi.

I tego potrzebowałam.

Ale szok w momencie, gdy mówisz, że nie chcesz karty stałego, że nie chcesz zbierać pieczątek, że nie chcesz po dziewięciu sałatkach dostać małej zupy szczawiowej gratis – bezcenne. Tak samo jak paraliż farmaceutki, gdy mówisz, że nie chcesz próbek.

A na huk mi to? Będę chciała kawę, to se kupię. Będę chciała zupę, to se kupię (a raczej sama zrobię). Będę chciała krem, to se kupię albo zechciawszy najpierw potestować, o próbkę poproszę.

Nie róbcie mi łaski :)

Bo jeśli jesteście boscy, to ja i tak do was wrócę, czy z dziesiątym w promocji czy bez. A jeśli sprzedajecie badziew albo w kwestii usług obiecujecie więcej niż dajecie, to choćby było za darmo jak te próbki – nie wezmę.

I nie róbcie mi problemu.

Bo te karteczki to przecież śmieci. Bo te malutkie opakowanie na dwa glutki kremu to przecież przez wieki nierozkładalny, ohydny, brzydki, śmierdzący plastik. I mi to dajesz? Bo chcesz pieniążka? Chleb mi daj dobry albo eko marchewkę.

Jeśli masz dobry produkt, miejsce czy usługę, nie potrzebujesz kart lojalnościowych. Po prostu.


co czyta pani strzelec

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: