Ponieważ praca nie pozwala nam aktualnie na dłuższy wyjazd, a wiemy, że trochę odpoczynku i zmiany widoków dobrze nam zrobi, postanowiliśmy w każdym tygodniu robić jeden dzień wolny i wycieczkę. Któregoś dnia zaprowadziłam swoją rodzinę nad jezioro Kleszczów (Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie, czyli Lubelszczyzna).

Dojazd. Poza gpsem przyda się papierowa mapa lub inna forma wcześniejszego obeznania się z topografią albo wyjazd z kimś, kto wie, gdzie i kiedy. Nie skręcać. Miejscowości położonej najbliżej jeziora mój gps nie znał. Obrałam więc końcówkę trasy na podstawie niepodpisanych dróg, widocznych na gpsie. Żeby przejechać tą trasą, musiałabym władować się na czyjeś podwórko. No skrętu w lewo nie było, podwórko przy podwórku! Jednakowoż mistrzyni dała radę. Polne wertepy przez las, a jeszcze przed nim wiejski sklepik, malutki, obskurniutki, z firanką w drzwiach… Czujecie klimat? Czyli że las i wertepy, a więc możemy płynnie przejść do punktu

Dzicz. Jezioro Kleszczów określam jako dzikie. Nie ma plaż, koszy na śmieci, budek z jedzeniem, o knajpkach nie mówiąc. Ok, jest jeden poprlowski ośrodek obskurnych (strasznie!) domków, ale nie rzuca się w oczy, w ciągu dnia w uszy też nie. Czyli zostaje las, trzciny, czysta woda, ty i ja ;) Miejsce pozwoli na spokojny odpoczynek nie tylko w wymarzoną pogodę, bo nasz dzień był pochmurny, a mimo to było przyjemnie.

Camping. Poza naszą trójką wyposażoną w Nasz Mały Kamper było tam małżeństwo w wieku ok. 50 lat z dużym samochodem, dużą przyczepą i namiotem. Nasz minimalizm to samochód, którym parkuje się bez stresu w mieście, a w nim koc, wózek-parasolka, jedzenie, coś na słońce i owady, pampersy, woda, chusteczki, dokumenty, telefony, badminton. Drudzy państwo mieli wszystko w tym: piwo, napój gazowany, płyty styropianu, dmuchany materac, pompkę do dmuchania go, stół z obrusem (!!), normalnych rozmiarów łopatę. Wszystko siedzi w nas. Kto w duszy i swoim domu jest minimalistą, podróżuje lekko. Kto w domu ma wszystko, przenosi ten dom z obrusem i firankami wszędzie, gdzie go rzuci życie.

Dzicz c.d. Jezioro otoczone jest lasem, uznanym za park krajobrazowy czy rezerwat. Las jak las, przyjemny i czysty. Przeszliśmy się na spacer, człapakaujemy beztrosko, a po prawej wśród zieleni zaczynają pojawiać się… zamaskowane (czyt. zielone)… wielkie namioty. Strzelcy, zjazd myśliwych czy inni zboczeńcy? Mogą ćwiczyć strzelanie i mnie nie zauważyć? A potem przypomniałam sobie, co przemknęło mi w internetowych informacjach o jeziorze.

Harcerze. Mają tam stałe miejsce na obozy. Mają nawet kościół w lesie. Wielkie namioty, chłopaczki, namioty i tyle. Idziemy dalej.

A na ścieżce wąż. Ile razy widzieliście w Polsce węża na wolności? Ja dwa razy. Oba tym roku. Oba w tym miesiącu. Pierwszy około tygodnia wcześniej, na wale w Kazimierzu Dolnym. Dwie wycieczki, dwa węże. Tydzień po tygodniu. Wcześniej nigdy w życiu. Mąż kazał mi się zastanowić, co to za znak. To ja zauważam węże, bo kochany mąż bierze na siebie pchanie wózka z synem, ale jako kochany ojciec nie pozwala, by dziecko pierwsze przecierało szlaki. Czyli podsumowując: jestem wystawiana na pierwszą linię pajęczyn, owadów i węży. Ale niech będzie, kocham naturę.

Jeziorko polecam tym, którzy potrafią być odłączeni nie tylko od prądu, ale też od gotowej gastronomii i oglądania innych ludzi.

Ku pamięci:

30 Minimalizm i firanki - blog Pani Strzelec, lifestyle minimalistki i świadome życie, slow life


książka o minimalizmie

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: