Jak wygląda u nas edukacja domowa w pierwszej klasie?

Z jednej strony są ludzie, zainteresowani tematem edukacji domowej, którzy mogą skorzystać z mojego obrazu – jak może wyglądać uczenie dzieci w domu przez rodzica.

Z drugiej strony są ludzie, którzy na hasło „edukacja domowa” mają tak dziwne wizje i pytania, że niech ten mój obraz da im realny… obraz sytuacji.

Uczę naszego pierwszoklasistę już trzeci miesiąc, z 5-latkiem u boku naszego, na kolanach mych, wypełniającego swoje książeczki z zadaniami bądź przerywającego i przeszkadzającego bratu. Do przerobienia (brzydkie słowo, ale dla mnie prawdziwe) mamy polsko-matmo-społeczno-przyrodę, angielski, religię i komputer.

To teraz opiszę, jak „przerabiamy”.

Starszy siada do nauki codziennie od poniedziałku do piątku po śniadaniu. Ta uparta systematyczność potrzebna jest mnie – bo dzień ulgi mógłby przerodzić się w dwa miesiące rozleniwienia i niemal nic nie-robienia. A z obserwacji widzę, że skoro sadzałam dziecko do nauki codziennie (włącznie z dniem nauczyciela i 11 listopada), nawet wtedy, kiedy nie chciało mi się sadzać, nawet kiedy byłam przeziębiona z dwoma innymi przeziębionymi osobnikami na stanie, to dziecko przyzwyczaiło się, że tak po prostu jest. Więc w miarę siada codziennie na spokojnie i robi, nie trzeba go zaganiać. (Tu widzisz, trzeba uważać, czego dziecko się nauczy, że „tak po prostu jest” i przestanie się buntować. Np. w szkole, że je akurat prześladują, że nauczyciel jest potworem itd. – „tak po prostu jest” i akceptacja – tego nie chcemy).

Ponieważ dostaliśmy ze szkoły furę ćwiczeń z matmy i polsko-przyrodo-społeczeństwa, to te części są łatwe i nawet momentami przyjemne w realizacji. Zaznaczam Synowi 4-5 stron ćwiczeń z matmy lub 4-5 ćwiczeń z polskiego (też uważam, że pisanie falbankowych liter jest męczące). Czasem robi sam, ja sprawdzam. Czasem, szczególnie gdy mamy nowy temat, lekki bunt lub zmęczenie – siedzimy razem. (Mąż: Już wiem, czemu chciałaś edukację domową. Żeby siedzieć sobie z kawą).

Istnieje coś takiego, jak podręczniki do tego, z jakimiś tekstami i „Calineczką” chyba, ale to sobie zostawiam na później. Grunt to opanować pisanie, zapis matematyczny, no i koncentrację, skupienie, precyzję.

Dobra, sięgnęłam po te podręczniki. Jest tego pięć części. Za jednym krótkim poobiednim posiedzeniem omówiliśmy sobie połowę pierwszego. „Przyjrzyj się ilustracji i wymień przedmioty, w których jest litera m.” – Nie, dziękuję. Do tego listy bohaterki o tym, jak bała się w szkole i o tym, że dzieci w szkole śmieją się z innych. – Nie, dziękuję. Tylko powiedz mi na głos, dziecko, po czym poznajesz, że jest jesień – bo o to możesz być zapytany.

Czytanie? Starszy czyta wszystko, co znajdzie. Komiksy Marvela, napisy na billboardach, szyldach, mleku i płatkach kukurydzianych preferuje nad urocze opowiastki o misiach i calineczkach. Gdy matka wyjątkowo padnięta, potrafi i bratu poczytać. O Batmanie.

Angielski. Tu trzeba więcej energii i matki, i dziecka, więc nie robimy tego, kiedy jesteśmy np. przeziębieni lub kiedy Młodszy ewidentnie planuje nam utrudniać (potrzebuje uwagi – powiedział rodzic bliskościowy, świadomy czy jakiśtam). Otwieramy podręcznik, włączamy płytę, Syn powtarza, wskazuje. Póki co niewiele zapamiętuje na dłużej i niewiele pisze po angielsku. Słucha, wskazuje, powtarza. No ale angielski zaczęłam dopiero w październiku, chciałam, żeby najpierw umiał pisać literki.

Religia. W podręczniku każą za przeproszeniem pokolorować dziewczynce włosy, a w pytaniach na egzamin jest „Wyjaśnij zawołanie z litanii <<Królowa Polski>> albo <<Królowa Aniołów>>”. Czy chodzi o to, żeby dziecko powiedziało „Królowa Polski, bo Maryja jest Królową Polski, Królowa Aniołów, bo Maryja jest Królową Aniołów?”. Cóż, cóż, walka z tym to nie moja rola, więc kupiłam podręcznik i po prostu otwieram stronę za stronę i gadam do dziecka to, co uważam, że jest na temat – co w podręczniku nie jest napisane. Bo w podręczniku do religii niemal nie ma treści – są tytuły i kolorowanki. Nauczę go jak małpę „szczęść boże”, „niechbędziepochwalony”, znaku krzyża, trzech modlitw, o reszcie opowiem i… mam obawy, czy zapamięta. Będzie kojarzył historię, że anioł przyszedł do Maryi i zapytał, ale nie zdziwię się, jeśli nie skojarzy, że to jest odpowiedź na pytanie złożone ze starożytnych słów: „Opisz scenę zwia-sto-wa-nia”.

Informatyka. Włączasz dziecku pajnta i je zostawiasz. No prawie. Ale to proste dla chłopaka. Tyle że zalaliśmy jego komputer 😀 , a jak będzie korzystał z mojego, to… będę siedziała i pilnowała każdego ruchu. Chłopaki to chłopaki – do młotka, siekiery, piłki i wspinaczki, a nie do baletu czy precyzyjnego wyklejania jakiegoś pudełka cekinami.

A jak ja się czuję z tą edukacją?

Ano czuję się wrobiona! Bo póki co, to zajmuje sporo czasu mego, energii. Zaburza dotychczasowy rytm dnia, czas kradnie. Dzień rozpieprza, zmniejsza szansę na wyjście na dwór lub przesuwa zakupy na jakąś durną godzinę, jeśli chcę tą naukę zrealizować w najlepszych godzinach (rano – świeża głowa i świeży humor Młodszego). I nie zrywając się o siódmej 😉

Czuję się wrobiona we wciskanie przez matkę własnemu dziecku jakichś durnot. Ja nie jestem w stanie wytłumaczyć mu, po co się tego uczy i dlaczego teraz i po co mu to – poza argumentem „egzaminów”.

Ja nie jestem za układaniem małym ludziom programów tego, czego mają się nauczyć – żadnej kolejności, konkretnych tematów itp.

Jestem za uczeniem się tego, czego trzeba (bo potrzebuję, bo mnie ciekawi) wtedy, kiedy trzeba. Wtedy kiedy ten temat sam przyjdzie.

Życia wśród ludzi dziecko uczy się, bo jest w rodzinie. Zasad ruchu przy ulicy dziecko uczy się, gdy chodzimy przy ulicy. Liczb uczy się, kiedy rozmawiamy o cenach Lego: które tanie, które każdy ci może kupić, a które drogie. O litrach i nettach uczy się, gdy se czyta opakowania mleka i innych takich. O wartości pieniądza uczy się, kiedy dostanie pieniądze i dowie się, że lizak kosztuje 1 albo 2 zł, a bilet do Muzeum Lego – 15 zł. Trudne słowa poznaje w komiksach i pyta o ich znaczenie mamę. Zegara uczy się, kiedy mu mówisz, że wyjdziecie za pół godziny, czyli jak dłuższa wskazówka będzie na samym dole. A babcia przyjedzie, jak będzie 11 albo 12 na początku. W tym systemie dziecko nigdy nie nauczy się uprawnień prezydenta, rejonów świata, w których wydobywa się nikiel, stolicy Zimbabwe, daty śmierci Mickiewicza, postanowień przywileju jakiegośtam, charakterystyki Jagienki z „Krzyżaków”, wzoru na pole trapezu, tangensów ani wskaźników rozpadu połowicznego czy jak to tam się w chemii nazywa – chyba że taka wąska ciekawostkowa tematyka będzie jego zainteresowaniem na jakimś etapie dzieciństwa czy młodości. I bardzo dobrze (że raczej się tego wszystkiego nie będzie uczył).

Mały i rosnący człowiek powinien uczyć się życia naturalnie, od Rodziców, innych bliskich osób i ze swej okolicy. Uczyć się życia w miarę postępowania życia.

Przecież wiesz, że po 12 latach szkoły wychodzą ludzie, które nie umiejo po angielsku nic mimo tych 12 lat. Wiesz też, że jednostki nawet nieświecące inteligencją ani talentami do języków, gdy wyjadą, mogą nauczyć się języka w lot – bo potrzebują, bo chcą, bo całe ich jestestwo jest na to nastawione. Potrzeba rodzi sposób, metodę, rozwiązanie, dzia-ła-nie. Syty wilk – leży, medytuje, bawi się, odpoczywa, obserwuje. Głodny – poluje.

Niech ta buirokracja już padnie, bo nawet wyniki badań naukowych są przeciwko szkole takiej, jaka jest.

Wychowujmy nasze dzieci pięknie, mądrze i wspaniale. A gdy potrzebują lub chcą się czegoś nauczyć – uczmy je lub jeśli sami nie umiemy – znajdźmy dobrego nauczyciela.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Autor: Urszula

Kobieta, Żona, Matka. Poszukiwaczka Prawdy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *