Minimalizm a używanie samochodu. Można by dużo na ten temat napisać. O porządku w samochodzie, jego wielkości, odpowiadaniu potrzebom, unikaniu nadmiaru, jakości części czy stopniu, w jakim wpływa na środowisko.

A ja dzisiaj tylko o jednym małym zagadnieniu: jeżdżeniu.

Kilka lat temu przeczytałam sporo książek, krążących wokół tematyki zen. W jednej z nich zachęcano do uważnego korzystania z samochodu. Do ograniczenia jazdy, głównie ze względu na zatruwanie środowiska. Autor zachęcał, by nie traktować przejażdżki samochodem jako rozrywki lub odstresowywacza. Jak to?! – myślałam wtedy.

Lubię jeździć samochodem. Zawsze wysiadałam do niego z przyjemnością. Nie wypalam benzyny tylko po to, żeby pojeździć i puścić myśli na inne pastwiska, ale tez nie wyobrażałam sobie, by moje racjonalne używanie samochodu ograniczać.

Aż przyszedł wieczór, kiedy wracałam z Dzieckiem z zakupów. Specjalnie wybrałam czas po korkach, ale korki o tym nie wiedziały. Utknęłam, być może utknęłam jak nigdy. Zawsze w korkach lub nie mogąc zaparkować czuje się uwięziona. Tym razem obok był jeszcze Syn, który nie dość, że mnie nie pocieszy, to sam był mocno niezadowolny. W skrócie: płakał/wył. Ja w środku też. Po powrocie do domu zapisałam na tablicy: Nie będę jeździć samochodem! Emocje opadły, potrzeby są, także tych słów nie przestrzegam. Jednak tamtego wieczora bardzo wyraźnie zobaczyłam złą stronę korzystania z samochodu. Nie tylko nieprzyjemną. Sprawiającą ból. Niszczącą. Przecież te chwile mogliśmy spędzić na kanapie z książkami.

Od tej pory mam dystans. Nie uwielbiam samochodu bezwarunkowo. I chcę ograniczać, choć u nas prawie nie ma czego.


co czyta pani strzelec

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: