Odkąd jestem dorosła, zawsze byłam niezadowolona ze swojego życia: albo z siebie, albo z okoliczności. Zawsze coś mnie gniotło, przeszkadzało, nie było wystarczające, nie było jak trzeba.

Jesteśmy dobrzy w narzekaniu. (Bo czego innego uczy nas szkoła i Kaczyńskie Wiadomości, jeśli nie powtarzania: ci nam krzywdę zrobili, tamci nas okradli, i wszystko przez Niemców?)

A jak ktoś jeszcze ma we łbie jakieś bezzasadne schematy tego, jak jego życie powinno wyglądać, a tu te elementy z głowy w rzeczywistości inaczej się układają, albo ich nie ma, albo spada nam niemal na palce z nieba jakaś nieplanowana stara gdańska szafa… To ciężko jest.

I te elementy nie chcą się kurka ułożyć tak jak w głowie, jak w schemacie, dobrym słusznym, racjonalnym, jedynym. I tak przez lata.

I tak miałam. Małe radości, a reszta do czarna studnia rozpaczy.

I od ubiegłego roku, mieląc sobie w głowie, zmieniając, żegnając się z radykalizmami (więcej o tym w tekście urodzinowym)… weszłam na drogę docenienia tego, gdzie i z czym jestem w życiu, akceptacji, wdzięczności. I wiecie co? Po latach czarnowidztwa, niezadowolenia, spięcia i zacietrzewienia to podejście dało radę rzeczywiście przeprogramować mi głowę. Zmieniłam system operacyjny.

Zmiana jest ogromna. Wiadomo, zmiana idzie sobie etapami, więc jeszcze trochę niezgody i marudzenia mi zostało.

Niezgody i marudzenia na co? – No a na co? Chyba na to, co mam na co dzień, nie? Z narzekania na rzeczy odległe już wyrosłam.

I w styczniu, tydzień po tygodniu przyszły dwa spotkania, podczas których zrozumiałam…

1 | Doceniam to, co mam.

Po pierwszym z tych spotkań, a widziałam się z ludźmi z różnych środowisk, będących na innym etapie życia niż ja, w innych okolicznościach… tak cholernie doceniłam moją rodzinę! Że mam tego Męża, dom i te dwa nasze potworki. Że mam takie doświadczenia i takie umiejętności. Że umiem przygotować jedzenie, które może nie jest fancy, ale… jest smaczne.

I ja nie doceniłam tego na rozum, analizując, racjonalizując, oceniając sytuację. Nie, ja to POCZUŁAM całą sobą.

Że to jest takie moje i że ja to WYBIERAM. Innego scenariusza nie chcę.

2 | Nie wstydzę się, że czegoś nie mam.

Żyjemy w takim świecie, jaki jest i patrząc obiektywnie, i statystycznie, i przekrojowo: większość kobiet chce dziś pracować zawodowo.

Póki prowadziliśmy firmę, miałam o czym rozmawiać ze wszystkimi.

A potem… Tak, czułam się źle z tym, że moim światem jest głównie dom i nie przynoszę anegdotek z miejsca pracy, i nie jestem na bieżąco z kuriozami w przepisach, i nie mam czym pompować ego (przecież podłoga sprzątnięta wczoraj i tak już jest niesprzątnięta)… I że w podświadomości ludu kobiety-do-pracy-pchającego pewnie jestem szufladkowana jako ta bez ambicji.

Trwało to parę lat i dopiero teraz doznałam olśnienia: ona przecież nie ma tego, co mam ja.

Ja w tym momencie nie mam sfery zawodowej. To jest moje życie.

Ale wiele kobiet, przy których się tego wstydziłam, nie ma sfery dzieciakowej.

Ona też czegoś nie ma!

Gwoli ścisłości, nie chodzi mi o porównywanie się. Nie chodzi o pompowanie ego przez pokazanie palcem a ona nie ma tego. Chodzi o to, że olśniło mnie, że COŚ mam.

Kochani, w internecie, u fryzjera oglądając magazyny, i patrząc na Maćka Z. w komediach romantycznych, porównujemy się albo do sztucznego obrazu, albo do najlepszych chwil danych ludzi.

A jeśli pójdziemy między ludzi offline, do ich domów, do ich prawdy, codzienności, możemy zobaczyć, że jednak to nasze życie jest całkiem, całkiem wporzo, a może nawet bardziej. (Nie że przez porównanie jak on ma źle tylko przez przeglądnięcie różnych układów i scenariuszy).

Czego sobie i Wam życzę.


Jeśli lubisz moje teksty, zapisz się na otrzymywanie info o nowych na maila.
A jeśli uwielbiasz moje teksty, kup mi ciastko.