Granice wyobraźni

Fakty są takie, że tłucze się nam do głowy schematy. Robią to reklamy, seriale, książki, katalogi sklepów i ludzie, którzy już pozwolili sobie to wtłuc.

O, na przykład w jakimkolwiek serialu pewnie każda niuńcia ma pomalowane paznokcie. Czy to znaczy, że ja muszę malować? Że Ty masz mieć pomalowane?

Może być tak, że sto procent ludzi poza Tobą ma pomalowane, a Ty nie. To jest naprawdę spoko i można tak żyć. A nawet warto, jak tak sobie podliczysz finanse, poczytasz o zdrowotnych konsekwencjach stykania się z pewnymi substancjami z lakierów i zmywaczy, policzysz, ile czasu to zajmuje, ile śmiecia generuje, dodasz, jakie rzeczy chciałabyś robić, ale nie masz czasu

Można nie malować paznokci nawet jeśli wszyscy to robią.

I z tą filozofią jedziesz dalej w całe życie. Czy musisz mieć telewizor, czy musisz kupować ubrania, kiedy masz się w co ubrać, w sensie masz sztuki odzieży w szafie, które się nie rozpadają ze zużycia, czy musisz kupować dzieciom zabawki, mieć zasłonki w oknach, samochód i nie grać na ukulele?

Ludzie są tacy sami. To jest wina durnej kultury.

To jest też wina jednolitości naszego społeczeństwa i obawy przed odstawaniem. Bo może ktoś o Tobie coś pomyśli – obawiasz się.

To jest też wina braku wyobraźni. No ale skąd miałbyś wyobraźnię mieć, skoro przez dwanaście i więcej lat byłeś w szkole zamkniony, gdzie nawet na plastyce i przy interpretacji poezji istniała tabelka słusznych odpowiedzi?

Wyobraźnię mają małe dzieci. Zadają pytania. Pytania z kosmosu. Myślą logicznie, kojarzą, składają informacje w kupę i tworzą na tym nowe prawdy, fakty, pomysły, pytania. Większe dzieci nie pytają, bo w szkole się ich tego oducza.

I potem idą w świat ogłupione dzieci w ciałach dorosłych, które są wyedukowane, czyli są w stanie wstukać pin w bankomacie i wpisać panieński numer buta prababki na picie.

Dwa przykłady dorosłych, ogłupionych, wierzących w jedno słuszne rozwiązanie.

Przykład nr 1. Nie pamiętam już, czy to było przed narodzinami Starszego czy Młodszego. Byliśmy z Mężem w dużym (acz nie sieciówkowym) sklepie ze wszystkim dla dzieci, na dziale z wózkami. Byłam w ciąży i chciałam zorientować się w wózkach-parasolkach, no bo jak skończy sześć miesięcy, to się taki przyda. Lekki, składany.

Nie pamiętam już dokładnie, co wtedy miałam w głowie. Jeśli to było przed Starszym, to podskórnie czułam, że to dziecko nie będzie leżało jak butelka koniaku, tylko będzie chciało patrzeć, wiercić się. Żyć. Wymyśliłam, że na dwór będziemy go brać na rękach albo w nosidle samochodowym. A potem od pół roku spacerówka.

A jeśli to było przed Młodszym, to miałam już trzystu procentową pewność, że nie rodzę butelek koniaku, tylko żywe istoty, ciekawskie, nigdy nieśpiące, wciąż drące się, chcące życia. Wiedziałam, że gondola to debilizm, tysiąc kilo (plus bobas), dwa piętra, czterdzieści minut walki, żeby półtorej minuty leżało bez darcia się. Szkoda zachodu. Są chusty. Nosidła.

Zresztą jeśli spacerówka rozkłada się aż do leżenia (200 zł za nówkę 3,5 roku temu), to po co tysiąc kilo i gabaryty gondoli?

I coś przebąknęliśmy panu sprzedawcy, że my planujemy hodować nowego człowieka bez-gondolowo.

-Nie wyobrażam sobie…

Gościu miał zawiechę, jakbyśmy mu powiedzieli, że nie oglądaliśmy Titanica (oboje obejrzeliśmy po raz pierwszy w 2010), Gry o Tron (nie oglądaliśmy) i w ogóle to właśnie wylądowali kosmici.

Kurka, wózek, gościu! To jest naprawdę głupotka, drobiazg. Macie religię wózkowania dzieci i jak ktoś wam powie, że inaczej, to szok, jakby człowiekowi z purytańskiej dawnej Anglii pokazać dzisiejsze billboardy, reklamujące blachocośtam (z panią w żółtym prawie-nie kostiumie kąpielowym)!?

W końcu ze Starszym byłam kilka(naście?) razy na dworze w gondoli, ale z Młodszym to dokładnie jeden raz i żałuję tego razu.

Przykład nr 2. Sławny pan Damian, sługas organizacji bezczelnych oszustów. Jak masz auto, musisz (musisz!) co roku opłacać ubezpieczenie OC. No toż poszłam kupić. Wypełniał ten numer buta panieńskiej matki przez godzinę, po czym ze szczerą (albo dobrze udawaną) ciekawością pyta mnie, dlaczego ja nie ubezpieczam. Bo chciał mi wcisnąć AC, NNW, coś na mieszkanie, huragan, powódź, tornado, na życie, śmierć, Wisłę, Piłsudskiego i upadek Polski. I ja mówiłam, że nie.

Nie wyobrażał sobie, że można nie kupować ubezpieczeń.

Można.

Statystycznie rzecz biorąc, Ty kupujesz przynajmniej AC i NNW.

Ja nie wiem, co i jak dokładnie robio ubezpieczenia, bo i skąd? W szkole uczyli mnie stolic afrykańskich wsi i lewych dopływów Odry, i macierzy, i pola trapezu (ileż razy w dorosłym życiu dziękowała jam Księdzu Dyrektorowi za to, że umiem wyliczyć pole trapezu!).

Kiedyś, wykupując te nieszczęsne usługi zapytałam panią sprzedawczynię, sługaskę organizacji bezczelnych oszustów, co robi NNW. Wyszło nam na to, że, powiedzmy, zapłacisz 50 zł za rok i jeśli w wypadku złamiesz rękę, to dostaniesz powiedzmy 200 zł. Oczywiście dopiero po kilku dniach targania się po lekarzach, srażach, komisjach zusowskich, które uznajo łaskawie, jakim prucentem ciała Twego jest owa złamana ręka… Opłaca się? Wzbogacisz się ewentualnie o 150 zł. Opłaca się?

Być może ubezpieczenia są dla debili, którzy kupują samochody, na które ich nie stać?!

Nie wiem, nie kumam. Wiem, że oni są tam, żeby zarobić i nie wierzyłabym nikomu obcemu, że chce moje pomnożyć i za siedemdziesiąt lat wypłacić moim dzieciom trzy razy tyle, ile wpłacałam – mówię o wartości, nie kwocie, czyli jak inflacja zeżre, to mają to jeszcze powiększyć.

No ja nie wierzę obcym dziadom. Jakby Ci obcy dziad powiedział, że musisz mu oddać swój samochód z dowodem i kluczykami, bo on musi Cię zawieźć na lotnisko, bo Enrique chce zostać Twoim mężem…. Uwierzyłabyś, dała samochód? Wiem, dziady z ubezpieczalni majo garniaki, stosy papierów i wyglądają oficjalniej, ale to takie same dziady. W białych rękawiczkach, elegancko, ja tu tylko wykonuję polecenia, niestety, takie mamy procedury – powodują przemieszczenie Twojej gotówki do swojej kieszeni.

(W tym temacie zajrzyj do książki Chciwość Pawła Reszki. Mi wystarczyło przeczytanie samego wstępu, żeby wyrobić sobie opinię o tych zastępach ludzi… Przy okazji, książka jest do przejrzenia na Legimi, teraz aż 14 dni na wypróbowanie tej usługi za darmo; tak, wróciłam do tych nierozgarniętych ludzi, kupuję abonament, gdyż niestety większość książek nie jest warta ceny okładkowej, tutaj mniej tracę).

A co, jeśli Wam powiem, że pracownicy oficjalnego sklepu z jabułkiem podpowiadają, jak wyłudzić od organizacji bezczelnych oszustów, z którą współpracują, której umowy u siebie wypisują, piniondz za uszkodzony nie z naszej winy sprzęt? Byłam, słyszałam. Cały ten konsumcjonizm to jest piramida finansowa, grubymi nićmi szyta.

Można być dziwnym człowiekiem, nie kupującym ubezpieczeń.

I sobie nie wyobrażacie. Spoko.

Bądź sobą. Pogadaj ze sobą. Co jest dla Ciebie ważne, czego chcesz, a czego nie? Może da się to wprowadzić w życie, chociaż trochę?

Nie musisz mieć choinki, albo możesz mieć czerwoną. Możesz nosić kapelusze, jeździć wszędzie rowerem, być w piżamie od osiemnastej, na balkonie zasadzić marchewkę, a nie pelargonie. Możesz rąbać siekierą placówki edukacyjne, jeśli czujesz w sercu, że dobre życie jest bezplacówkowe.

Możesz być i kopiuj-wklejem, ale po co w ogóle tak żyć? Tlen innym zabierasz, jakby powiedzieli proaborcyjni ekolołdzy.


Jeśli lubisz moje teksty, zapisz się na otrzymywanie info o nowych na maila.
A jeśli uwielbiasz moje teksty, kup mi ciastko.