Edukacja domowa a socjalizacja – przedszkole, zerówka

Jesteśmy z Mężem tymi dziwnymi ludziami, którzy nie zapisali dzieci do żłobka, przedszkola, zerówki i nie planują zapisywać do szkoły.

Internety oraz ludzie w trzy-de, gdy rozmowa schodzi na ten temat, często bąkają coś pod nosem (w necie to na całe gardło), że minusem takiego rozwiązania jest kwestia socjalizacji dzieci, braku kontaktu z rówieśnikami i takie tam… [Podaj mi badania nałukowe, które mówio, że człowiek w młodym wieku potrzebuje akurat tak specjalnie i tak bardzo kontaktu z równolatkami. Pokaż].

I to o niedorozwoju społecznym dzieci to bąka w ogóle tłusty, palący ojciec dziecka, które w wieku czterech chyba lat mówi tak niewyraźnie, że tylko matka go rozumie. Ze starszym mieli podobnie do ósmego roku życia, latali po milionach logopedów i innych dziadów z certyfikatami i nic nie pomagało.

Współczuję tym rodzicom, bo też parę kłopotów ze swoimi przeszłam, a może i parę przejdę. Mimo to nie uważam za sensowne wtykanie mi ewentualnych, potencjalnych, niezmaterializowanych dotąd błędów, minusów i problemów, gdy rozmówca ma na zbliżonym polu problemy, a może błędy czy zaniedbania faktyczne, widoczne.

Tak, ja tu wrzucam na ludzi, ale ja wrzucam generalnie i niosę ideę, niosę wołanie o nakierowanie stylu życia na lepszy… I można nie czytać.

………

Do meritum.

Jak stoi socjalizacja naszych 4- i 6-latka, którzy „siedzą z mamą w domu”?

Prezentując Wam takie coś już daję do zrozumienia, że robię „testy”, że sprawdzam, jak stoi u nas ta „umiejętność” komunikowania się ze wszystkimi… A czy rodzica szkolnego też to tak bardzo obchodzi, czy o tę sferę dba? Ja np. po 12 latach szkoły i paru latach studiów byłam tak społeczna, że najchętniej schowałabym się do dziury, plecami do wejścia i tak siedziała. Od dziesięciu lat leczę się z tej szkolnej pato-socjalizacji. Wciąż nie rzucam się na ludzi i sprawiam wrażenie nieśmiałej. A to jest 20% nieśmiałości, którą miałam 10 lat temu.

………

Do meritum.

Synowie nasi nie widzieli kolegów praktycznie od września, bo koledzy tak od godziny, kiedy my wstajemy, do godziny siedemnastej zamknięci byli w kołchozach. A w weekendy to albo może babcie odwiedzali, zakupy, albo oglądali tv, albo było zimno, plucha i ble.

W pierwszy słoneczny dzień wiosny i w związku z inicjatywą władz (zamknięcie placówek przechowujących dzieci) całe towarzystwo wyszło.

I chłopcy wszyscy tu w sąsiedztwie kontaktują się bez problemu. Moi i kołchozowi.

Nie ma różnic na minus, wynikających z tego, że moi nie byli wyganiani co dzień o siódmej z domu do auta i do „pani”, że nie śpiewali piosenek o bałwanku, nie wycinali na Dzień Babci i nie odstawiali krakowiaczków (akurat te tańce na występy to ja w zerówce lubiłam. Oddzielenia od domu i Mamy nie lubiłam).

Okazuje się, że dzieci mają wspólny język: rowery, policjanci, złodzieje, Spiderman, kreda, a ja umiem narysować samochód, a ja umiem czołg, motyle, gąsienice, a fajnie jakby blok był zbudowany z kolorowych cegieł…

I spoko jest, chłopaki się bawią w trzech, we czterech, w pięciu w podobnym wieku.

No i przyznaję, że moi nie mówią d*pa, a do kolegi, z którym fajnie się bawią nie zwracają się per gnojku. A przedszkolnym to mocno wchodzi.

………

No tom się pochwaliła.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz zafundować mi symboliczną kawę 🙂

Autor: Urszula

Kobieta, Żona, Matka. Poszukiwaczka Prawdy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *