Disclaimer w temacie „kura domowa”

Małe wielkie sprostowanie odnośnie wszystkich moich tekstów o roli kobiety jako kapłanki ogniska domowego

Od ponad roku, a nie daj Bo-mo-że i od ponad dwóch pisałam tu trochę rzeczy w klimacie, że kobieta to powinna domem się zajmować, mężowi miłą być, dzieciom pożywienie zapewniać, cerować skarpety i latać jak nie z patelnią, to ze szmatą. W tym tonie o ważnej roli kobiety wypowiadają się tak skrajne środowiska jak wyzuci z wyobraźni, prości jak drut ultra-protestanci (i ultra-protestanki; ah, pamiętam to kazanie Mom, Satan wants your job, pewnie dostępne wciąż na YT – płakałam, słuchając) oraz pierdzący o jednorożcach i rozmowach z duchem wody niu-ejdże. Serio.

I ja obydwa te nurty sobie czytałam, chłonęłam, wprowadzałam w życie. Tzn. nigdy na sto procent i inicjatywa była moja, oni tylko utwierdzali mnie i wspierali w wybranej drodze. Z jakich powodów wybranej i czy ze słusznych – to kolejne odnoga tej sytuacji, której dzisiaj nie rozwijam, ale miej ją z tyłu głowy.

Mam w ogóle w sobie taki błąd, że czytam. Że czytam różne rzeczy. Tych, co mówią slołlajfuj i tych, co mówią zapier-laj. I ja zgadzam się z argumentami obu stron, i obie skrajności, oba kija końce próbuję wprowadzać w życie… jednocześnie… No tak mam. Choć na rozum wierzę, że droga środka jest tą najlepszą.

Wracając do tematu: przez te ostatnie półtora roku, a może dwa z hakiem, świadomie realizowałam kierunek „matka i kapłanka ogniska domowego”. I na rozum i przez doświadczenie widzę tego plusy.

Świadomie realizowałam… Tak właśnie. Nie intuicyjnie, nie samo-z-siebie. Podjęłam się tego.

Cenię sobie eksperymenty ze stylem życia. Cenię sobie obmacanie się z tematami, przeżycie, choć jak wyżej pisałam – dużo też czytam, czyli jem teorię.

Miałam ten długi czas, kiedy podjęłam się utrzymywać super porządek (w granicach rozsądku – nie wyobrażajcie sobie, że dom, w którym trzy osoby przebywają niemal non stop, wygląda, jakby nikt w nim nie mieszkał), codziennie podać ciepły obiad (odgrzewane pierogi się nie liczyły), nie mieć gór prania czy to brudnego nie mieszczącego się już w koszu, czy wyschniętego – na stole i krzesłach. I tak dalej. Organizować chałupę, być opoką, ostoją, wsparciem dla moich menów – bo przecież dbanie o dom to nie tylko kwestie fizyczne, ale i rodzina-relacje-atmosfera-wsparcie-miłość.

Podjęłam się tego. Żeby sprawdzić, czy to jest „słuszne”. Żeby odpocząć od gonitwy zapieniężnej, bo właściwie te dzieci do placówek nieposłane i ten dom – to i tak bardzo dużo roboty!

Podjęłam się tego umyślnie. Wtrybiłam się w to. Uczyłam i testowałam. Chcę podkreślić, że to nie jest moja natura, nie mój stan domyślny. Ale robiłam. Nauczyłam się wiele i wiem, że teraz z pewnymi domowymi, kuchennymi czy gościowymi wyzwaniami poradzę sobie na spokojnie, nawet śpiewająco, jak się postaram (choć to nie moja natura), milion razy lepiej i spokojniej niż przed tym okresem zajęcia się niemal wyłącznie domem ęd rodziną.

Ostatnio naszła mnie refleksja, że może to nie jest „słuszny” model. Nie jedyny najsłuszniejszy. Choć pięknie, kiedy jest osoba dedykowana do tych zadań, pięknie, gdy one są wykonane, gdy jest dbałość i o tę fizyczną przystań, i o atmosferę między ludźmi, i o atmosferę dla ludzi. To jest ogromna i wartościowa praca.

Tylko właśnie zaczęłam zadawać sobie pytać, czy to jest jedynie słuszna postawa, tak jak jedynie słuszną mogę z pewnością nazwać niezabijanie ludzi, którzy nam nie grożą.

Przestaję się czarować w kwestiach mojego światopoglądu i wartości. Choć w nie wierzę, wierzę, że są najlepsze, to dostrzegam, że łatwiej byłoby mi z nimi dwieście lat temu, bo świat się zmienił i wciąż zmienia w kierunku przeze mnie pogardzanym. Tak jak mamom, nieposyłającym dzieci do szkół, być może było lżej, gdy miały wokół siebie inne, niepracujące poza domem kobiety… Tak jak wszystkim mamom być może było lżej, gdy z rzeczywistością macierzyństwa oswajały się od małego, a nie dostały młotkiem w łeb po porodzie, bo wcześniej liczyły się tylko szóstki z niemieckiego i licencjat z gwnoznastwa z elementami gwnologii.

Niewiele kobiet potrafi (i w ogóle chce) znaleźć przestrzeń na bycie pełnoetatową gospodynią domową. Niewiele rodzin potrafi znaleźć przestrzeń na nieposyłanie dzieci do placówek i nie-prdolniecie przy tym na psychikę, gdy dziadków niet, albo pracują jeszcze i tak dalej…

Ostatnio dostrzegłam, że to ja, prywatna, osobista, jednostkowa ja potrzebowałam tego eksperymentu bycia „tylko mamą i dbaczką o dom”. Brakowało mi tego. Nie znałam tego ze swojego domu rodzinnego. Nie obmacałam się z tym. Nie wiedziałam, jak się to czuje, z czym to się je. A widocznie potrzebowałam się dowiedzieć i poczuć.

Jak milion i sto, podziwiam każdą kobietę, która z tej roli robi rolę swojego życia. A są takie i wśród nas. Raczej nierozumiane i wyśmiewane. A robią – podkreślę po raz trzeci – ogromną i bardzo wartościową robotę.

Właściwie to miło mi się zrobiło, gdy przeczytałam na Insta post jednej z nich, która stwierdziła coś w stylu: Ludzie chcą, byśmy po odchowaniu dzieci poszły do pracy. A ja twierdzę, że gdy dzieci wyfruną z domu, to jest właśnie czas, po tych wszystkich latach zapieprzu (na pewno nie użyła tego słowa), na wzięcie się za nieprzeczytane książki, wypicie w spokoju herbaty, odpoczynek.

Wow. Chciałabym, żeby inni o nas, mamach i zarządcach gospodarstwami domowymi – tak myśleli! Robiłaś wszystko, co trzeba, świątek-piątek czy niedziela, w tym lata nieprzespanych nocy. Dziękuję! A teraz odsapnij, usiądź, naciesz się swoimi dokonaniami, naciesz się dzisiejszym dniem, posłuchaj ciszy.

Błagam o to! Nie jednorazowe wakacje w Zanzibarze i nowy drogi samochód tylko pozwolenie sobie na okres odsapnięcia w życiu, na odpoczynek po pracy, na cieszenie się swoim ogromnym i wartościowym sukcesem (+ pichcenie sobie i mężowi).

Wracając do tematu: eksperyment był potrzebny mnie osobiście. Musiałam się z tym tematem porządnie przemiziać.

I już wiem. Choćby to, że… to akurat nie dla mnie. Wzięcie całości tego na siebie to nie moja natura.

„Wyobraź sobie swój idealny dzień, swoje idealne życie…” – Znacie to? Że niby pomoże poznać nam swoje prawdziwe pragnienia czy coś. Otóż ja w idealnym dniu na pewno nie przygotowuję jedzenia, nie robię zakupów spożywczych, nie rozpakowuję ich, nie pucuję i sporo innych „nie”. Z radością wstawię i powieszę pranie (bez wieszania majtek i skarpetek), czasem dobrze robi mi sprzątanie rzeczy lub pucowanie naczyń czy powierzchni, lub ostry remanent, z naciskiem na „czasem”.

Także za każdym razem, jak piszę na tym blogu, że jesteś debilką, bo pracujesz, zamiast robić dom, to jest (było) bardziej do mnie w tym mizianiu się z takim stylem życia niż do Ciebie.

Natomiast za każdym razem, jak piszę, że jesteś nierozsądna, bo posyłasz dzieci do państwowych pań na jedukację… Cóż, tu zdania nie zmieniam, choć biorę poprawkę na to, że moje poglądy pasują do czasów dwieście lat wstecz, że czasy się zmieniły, a może nie każdy chce poświęcać się jak Maksymilian Kolbe czy też po paru latach nieprzespanych nocy balansować na grani(cy) płotu psychiatryka.

TUTAJ, po wybraniu przycisku „Become a member” uzyskasz dostęp do wszystkich tekstów i po prostu podziękujesz mi za moją pracę 🙂