Czym jest rodzina - blog Pani Strzelec, unschooling, edukacja domowa

Czym jest rodzina? Twoja?

Moi Drodzy,

dzisiaj o rodzinie. Dla mnie rodzina jest wartością, jest ważna, może jest nawet powyżej wolności. Tak mam w tym momencie mojego życia i jest to nieuzasadnialne. Wartość i już.

/Właściwie, jeśli jesteś rodzicem, to lepiej nie czytaj tego tekstu. Możesz się obrazić, możesz się poczuć naprawdę źle. Zamknij kartę. Ostrzegałam./

Jest dla mnie wartością rodzina w tradycyjnym ujęciu. Gdybym tylko oglądała media, nie wychodząc między ludzi z krwi i kości, to bym mogła z tym moim obrazem rodziny poczuć się dzisiaj jak gatunek wymierający. Wielu ludziom kultura to zrobi i ich wymrze, ale nie nas wszystkich.

Do rzeczy.

Na czym stoi rodzina? Co z kilku ludzi robi rodzinę?

No niestety nie papir, że on twój, a młode z ciebie, i pesel, i adres zameldowania.

Nie. Rodzinę robi miłość. Jak ją zdefiniujemy?

– Na pewno mieści się w niej pragnienie szczęścia dla drugiej osoby, a więc nieprzeszkadzanie jej, a nawet pomaganie w tym, by układała sobie sprawy w takim kierunku, jak definiuje swoje szczęście.

– Możemy przyjrzeć się temu przez pryzmat języków miłości. Miłość okazujemy poprzez dawanie innym naszej uwagi, spędzanie z nimi czasu, przez dotyk, komplementy, prezenty, pomoc lub wspólne działanie.

– Miłość to troska. Nie ta zamartwiająca, tylko ta opiekująca, wspierająca, w górę ciągnąca.

Rodzinę robi miłość.

I jak zrobić rodzinę, kiedy się nie widujemy, czyli nie spędzamy wspólnie czasu, nie robimy rzeczy wspólnie (bo obiad przygotuje makdonald, a my w ekranikach)?

Jak zrobić rodzinę, kiedy się nie przytulamy, no a jak przytulać się do obcych ludzi (patrz punkt wyżej)?

Jak mówić komplementy, jak wspierać kogoś, o kim niczego nie wiemy, bo nie spędziliśmy z nim wystarczająco dużo czasu?

Z mojej perspektywy dużo sprowadza tu się do czasu. A problem do braku czasu i do oddzielenia członków rodziny od siebie.

Przebywanie ze sobą wieczorem, kiedy każdy jest już wyżuty przez system, a musi i pranie, i lekcje odrobić, to nie jest czas na dobre spotkania.

I z tych wszystkich powodów, począwszy od początku, czyli od tego, że dla mnie rodzina jest wartością, dlatego właśnie chcę mieć dla nich i z nimi czas.

Dlatego też nie uważam przedszkoli i szkół (o żłobekach nie wspominając) za zdrowe rozwiązanie dla zdrowych rodzin.

Cenię to, że możemy się razem nasiedzieć, napracować, nanudzić, nawkurzać, naobserwować swoich i pozostałych osób rekacji, uczyć się relacji, uczyć się o uczuciach i emocjach. Że ja znam tych ludzi, że znamy się, że jesteśmy siłą.

A nie będziecie siłą, jeśli oboje rodziców pójdzie do pracy na osiem godzin plus nadgodziny i dojazdy. Nie będziecie siłą, jeśli grzecznie pozwolicie rozdzielić rodzeństwo. Żeby brat z bratem widywał się i znał, i zwierzał mniej niż z jakimś kolegą Ziutkiem? No zastanówcie się. A potem chcielibyście, żeby na świętach przy stole ludzie uśmiechali się… Jak on chce już do Ziutka, a z bratem i matkom spraw wspólnych ciekawych, fajnych do obgadania mało.

Wojciech Cejrowski w swojej książce – przy okazji, ten pan zepsuł mi radość czytania, bo pisze tak inteligentnie i zabawnie, że po lekturze jego książek już niewiele osiąga dla mnie poziom zadowalający – Wyspa na Prerii, pisze o facecie, który zapisał swoich trzech synów, urodzonych w różnych terminach, do jednej klasy w szkole. BO. TAK. (W US, przeca nie u nas ani z takimi odchyłami jednostki od schematu, ani z taką wolnością decydowania o edukacji własnych dzieci.)

Nie twierdzę, że bycie blisko, razem, mocno ma same plusy ani że w związku z tym mogę liczyć na coś teraz lub w przyszłości. Ale i tak uważam to za milion razy lepsze rozwiązanie niż odprowadzanie każdego członka rodziny do innego baraku pięć na siedem dni w tygodniu.


Jeśli lubisz moje teksty, zapisz się na otrzymywanie info o nowych na maila.
A jeśli uwielbiasz moje teksty, kup mi ciastko.


Przez ten link możesz dostać 50 zł zwrotu za zrealizowany pobyt z Booking.