Wiecie, dlaczego płaczę? Za dwa dni będę już w terminie porodu.

Lekarz zlecił badania, w których wyszła choroba. Wpisał wynik elegancko w swoje tabelki i powiedział, żebym wydruk badania wzięła ze sobą do szpitala. I tyle.

A jest na to lekarstwo. Na receptę. Nie chciała przepisać.

Zdjęła sprawę ze swoich barków i scedowała na szpital. Tak, w trakcie porodu szpital może podać na to lek. Tylko on potrzebuje czterech godzin przed urodzeniem dziecka, żeby zacząć działać. Jaką ci lekarze mają pewność, że ja pojawię się w szpitalu więcej niż cztery godziny przed urodzeniem? Jeśli rutynowo podadzą mi przyspieszacze, to na bank urodzę szybciej – to moje drugie dziecko.

A jaką ci lekarze mają pewność, że ja chcę rodzić w szpitalu?

A ewentualnym powikłaniem dla dziecka może być sepsa i inne.

Ja nie boję się o nasze zdrowie, bo wiem, jaką mamy siłę i odporność. Ja po prostu chciałabym normalnie dostać lek na chorobę, która wyszła w badaniach. Płacę za te usługi co miesiąc państwu polskiemu.

Ginekolog nie chciała przepisać. Podpytana nawet skłamała, że przed porodem tego się nie leczy. Więc postanowiłam spróbować u rodzinnego. Już baby w recepcji na mnie naskoczyły. Beton. Mówią, że ginekolog, prowadzący ciążę, wie, co robi. Że to dla mojego dobra.

Co dla mojego dobra? Że nie będę leczona (bo ma nie żadnej pewności, że będę cztery godziny przed urodzeniem w szpitalu)?! To po co przepisuje się te badania?

Ginekolog-urzędnik-beton przepisuje badania w odpowiednim miesiącu ciąży, a potem przepisuje wyniki do swoich tabelek. I już jest cacy z procedurami. Jest chroniony. Jeszcze zapyta, czy czuję ruchy dziecka. Ale brzucha nie dotknie. Może kłamię, że czuję. Ale w karcie ma wpisane pacjentka czuje ruchy, więc jest cacy z procedurami. Jest chroniona. I tyle ją obchodzi moje dobro.

Babki w recepcji mówią, że rodzinny tym bardziej mi nie przepisze. Dla mojego i dziecka dobra!

Bo ja o rany chcę sama sobie lek wybrać i brać, i mogę sobie krzywdę z niewiedzy zrobić. Ja-matka krzywdę sobie i dziecku? Gdybym chciała nas skrzywdzić, nie chodziłabym do betonu, tylko poszła do pierwszego z brzegu sklepu, kupiła żrący żel do mycia toalet bez recepty i wypiła pół litra.

Nie powinnam mieć innych emocji na koniec ciąży?

Powinnam teraz latać po lekarzach, kombinować że jak nie ten to tamten, bo chcę wziąć zwykłe lekarstwo na zwykłą chorobę, aby uniknąć zakażenia dziecka, które miewa fatalne skutki?

Za ten beton i obietnicę emerytury, i za płace pań z urzędów pracy płacić ponad tysiąc miesięcznie!?

Wiecie, dlaczego pracodawca, nie człowiek prywatny odprowadza zusy? Bo przedsiębiorcę łatwiej zastraszyć. Gdyby tak dwadzieścia milionów pojedynczych ludzi miało płacić, a jednak nie płaciło, to państwo nie dało by rady w żaden sposób tego ścigać. A wiadomo, że każdy wolałby zrobić w miesiącu jednego zęba za stówę i jedną morfologię za dychę prywatnie, zapisany na godzinę, bez kolejki, w czystym miejscu, z uśmiechniętym personelem niż chodzić do betonu i płacić dużo, i co roku więcej.

Rodzę i czym prędzej stąd wyp.

O taką kurna wolność nasze dziadki na wojnach i w komunie walczyły, taki kapitalizm wszyscy chcieli, a teraz mogę sobie kupić legalnie domestos i podać dziecku, a lekarstwa na chorobę (której obecność system każe rutynowo sprawdzać) nikt mi nie zapisze, a bez recepty nie można kupić. Taka wolność.


Ciąg dalszy:

Ginekolog przyjmowała od 14, więc o 15 się dodzwoniłam. Na dzisiaj już wszystko miała zajęte.

Więc po południu poszłam do rodzinnego. Pani w recepcji chciała mnie zapisać na jutro albo żebym przyszła między 13 a 17.30 i próbowała… się wepchnąć? W każdym bądź razie o 17 przychodnia świeciła pustkami. To dlaczego nie mogła mnie zapisać na tą 17, tylko chciała na kolejny dzień?

Mówi mi, żebym szła do doktor, nikogo nie ma.

– A kartę pani wyjmie?

– Ale proszę najpierw zapytać, co doktor o tym sądzi.

No ale ja już wiem, że bez papiera, czyli na gębę, to łatwiej człowieka spławić.

I polazła gdzieś bez słowa. Czekam. Czekam. Czekam. Wróciła.

– Proszę wchodzić. Nikogo nie ma.

– Ale skoro nikogo nie ma, to ja chcę normalną wizytę, żeby w karcie było wpisane, z jaką sprawą przyszłam.

Poszłam do gabinetu z kartą. Mówię, o co chodzi i że chcę lek na chorobę, której potwierdzenie mam na wyniku badań. A czemu do ginekologa nie poszłam? Bo ginekolog wierzy tylko w wersję z lekiem, którego i tak nie zdążą nam podać w szpitalu, a poza tym dzisiaj ma zapchany grafik, a ja już zaraz mogę zacząć rodzić. No ale ona nie zna się na tych drobnoustrojach ani sposobach leczenia. (Sposób jest taki, że to są takie same antybiotyki, jak na drogi oddechowe, przewód pokarmowy, moczowy…) Bezsilna wyszłam bez dziękuję, dowidzenia, po czym zaraz weszłam z powrotem i pytam, czy kartę wypełni, że wizyta była. Na tyle asertywności i walki o siebie było mnie stać. Coś mogłam więcej?

– Tak, oczywiście, ja wiem, co mam wpisać.

I wpisze pani, że byłam w takim stanie, z takim wynikiem, że prosiłam o lek i pani odmówiła?

– Tak, ja wpisuję, to moja domena.

– To ja zobaczę.

– Proszę bardzo.

Siadłam. Pisze. Nawet poprosiła jeszcze raz o wynik, dokładnie badanie obejrzała, przepisała nazwę dziadostwa i datę badania.

Zrobiłam zdjęcie temu dokumentowi, a co.

A tak, odsyłała mnie do poradni ginekologicznej.

Ważna sprawa, no to spróbuję z tym olewczym i zajętym dzisiaj ginekologiem. Poszłam. Była 17. Do 19 miała mieć pacjentów tak, że zapisy dopiero na jutro. A tu na korytarzu czekam tylko ja i inna dziewczyna niezapisana. Znowu?? To jakaś świecka tradycja obstawiać połowę miejsc, a w reszcie czasu…?

Po raz kolejny u tej samej ginekolog z tym samym badaniem, ale bogatsza w wiedzę, dopytywałam o możliwość wyleczenia. Właściwie w papierach mam, że pierwsze dziecko rodziłam 3 godziny. A antybiotyk podczas porodu musi być podany cztery godziny przed urodzeniem dziecka. To chyba jest wskazanie do zajęcia się mną…

I ginekolog powiedziała mi, że ona nie wie, jak to się leczy!! Zleca badania, ale nie wie, jak leczy się infekcję narządów rodnych, którą wykazują. Wow. To po co zleca? Procedury. Czysta jest. Dostałam jej numer telefonu i mam jutro zadzwonić, bo ona… skonsultuje się z kolegą, który jest położnikiem. Wykrzyknik, znak zapytania, wykrzyknik. Aaaaa!! Kto nas leczy?

I hit

Wychodzę z gabinetu. A przechodzi się przez pokoik położnej = rejestrację. I tam oprócz położnej siedzi ta lekarka rodzinna, u której byłam chwilę wcześniej. Wykrzyknik, znak zapytania, wykrzyknik. Przywędrowała zapytać, splotkować, donieść o takiej jednej głupiej krowie, co łazi i chce wymóc wypisanie antybiotyku, którego wszyscy się boją wypisać, bo nie znają czy cuś. A niby tylu miała pacjentów, że zapisy dopiero na jutro…


Po tym wszystkim mój Mąż, który generalnie jest typem mówiącym mi, że trzeba być twardym, nie dać się, nie przejmować, powiedział, że trzeciego dziecka w tym kraju nie rodzimy.

I chyba to wszystko chrzanię. My jesteśmy zdrowi, to wiem. Chciałam mieć dodatkową pewność. Normalny lek na podstawie wyniku badań, robionych rutynowo każdej kobitce pod koniec ciąży. Ale to nie u nas. W Polsce nie ma lekarzy, jest tylko urzędniczy beton z plakietkami lek. Przepisujący siedem specyfików zdrowym dzieciom, bo dostali długopis od przedstawiciela farmacji.

Chrzanię to. Może jeszcze napadnę jakiegoś prywatnego lekarza, chociaż czemu miałabym płacić za coś, za co i tak płacę…

Chrzanię to. Czekam na poród. Z takimi emocjami, jakie powinnam mieć teraz. Obok państwa, nie w nim. Mam swój świat i wszystkim życzę zdrowia. Dbajcie o siebie.

Już o tym kiedyś pisałam: Tylko ty możesz tak naprawdę o siebie zadbać. Możesz wziąć odpowiedzialność i wziąć swoje zdrowie we własne ręce. Odpowiedzialność i troska lekarzy to ułuda, fatamorgana bezpieczeństwa. A tak naprawdę – pustka.

Wolałabym pisać wam coś bardziej konstruktywnego, ale czasem są właśnie takie dni i takie brudy na świecie. Może komuś otworzę oczy na działanie państwa lub na potrzebę samodzielnej troski o własne zdrowie. A może tylko pokażę, że i slołlajfowa, minimalistyczna, świadoma kobieta też ma problemy – nie tylko fiołki, wzruszenia, lektury i arbuzy. A na pewno ja to z siebie wypisałam, a u mnie to działa tzn. oczyszcza, temat znika. To genialne jest właściwie.

A teraz już tylko na matczynym haju z emocjami wicia gniazda, tęczami, nektarynkami i tak dalej.


co czyta pani strzelec

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: