Zaginać głupotę, czyli do restauracji z…

Wyobraź sobie, że zaginasz drut. Tyle, że aż jego początek ujrzy własny koniec. Aż zacznie zjadać własny ogon.

Takie rzeczy można robić z głupotą, z „systemem”, z chorobami społeczeństwa. Same zaczynają się zwalczać, samym sobie się przeciwstawiać, stając się swoim przeciwieństwem…

W taki sposób można ludziom walić młotkiem po głowie, które to walnięcie skutkuje oświeceniem człowieka w jakimś temacie.

Od lat nie wiem których 20. wieku puszczalskie babska walczyły o możliwość zabijania innych ludzi. Dziecka – bo im na pęcherz uciska, sąsiada – bo im tlen zabiera. I tak dalej.

Po tylu dekadach doszły do momentu zapętlenia – stanięcia naprzeciwko samych siebie, zjedzenia własnego ogona i zbratania się ze swoim przeciwieństwem (dziewicami konsekrowanymi czy cuś).

Jakaś niunia napisała, że skoro ona nie może zabijać swoich dzieci, czyli będzie do nich „uwiązana” przez wiele lat, to ona chce, żeby facet miał tak samo! Żeby też był „uwiązany” do tych dzieci. (Pewnie po finansach chce panom rozpustnym pocisnąć).

Ktuś mądry, może i protestant sztywny i prosty w zasadach swych, odpowiada niuni: Brawo, właśnie wynalazłaś małżeństwo!

A nie? Mężczyzna zarabia na i odpowiada za kobietę, z którą ma dzieci.

Niunia numer dwa napisała, że skoro ona nie może zabijać innych ludzi, to to jest koniec „wolnegomiziania”. Chcesz miziania, to najpierw się ożeń. (Znaczy grozi ona, że przestanie się rozdawać na lewo i prawo, skoro nie może uciec od ewentualnych konsekwencji).

Ktuś mądry, może i protestant sztywny i prosty w zasadach swych, odpowiada niuni: Brawo, odkryłaś Amerykę, właśnie tak ludzie żyli od zawsze, takie były zasady, bo takie i tylko takie podejście do sprawy ma sens. Kobiety się nie rozdawały. Mężczyźni musieli być odpowiedzialni.

Chciały baby zostać wielkimi feministkami, a zatoczyły koło do konserwatyzmu. Ojej.

I teraz tak. Na wakacjach wybraliśmy się do restauracji. Nawet takiej pozycjonującej się jako bardziej ą-ę. Siedzimy, czekając na kelnera (który w końcu nie dotarł i poradziliśmy sobie w innej restauracji), a tu pies szczeka. Nie na dworze. W knajpie.

No my nie z tych, że z psem do restauracji.

Wyobraź sobie, że miałabyś powiedzieć swojej babci czy prababci albo lepiej dziadkowi, że pies to twoje dziecko, a jej / jego wnuczko. Nie przyjęliby tego, bo w ich mózgu nie było połączenia neuronowego, które by takie stwierdzenie mogło obsłużyć.

A dzisiaj tak jest. Nie chce się zrezygnować z wygody, a jakaś tam potrzeba opieki nad mniejszymi, słabszymi, głupszymi w człowieku siedzi… To albo robimy wolontariaty, albo „ładoptujemy” pieska (jeszcze 20 lat temu nikt by nie powiedział, że adoptował psa – to słowo było o ludziach, którzy brali na siebie trud wychowania dziecka z domu dziecka) i nazywamy go synciem albo córcią. Kupujemy smakołyki, zabawki, poświęcamy czas oraz tysiące dla weterynarza i chodzimy do restauracji…

Jak tu im psem zakręcić, by zobaczyli własny ogon?

Na psa nie mam pomysłu. Mam inny trop.

Przecież jak może być pies, to i kot. Nie można dyskryminować, no a w dobie antisocial mediów niektórzy boją się opinii klientów, także powinni wpuścić Cię ze wszystkim.

Otóż, polecam i proszę: kup se świnię, w innych krajach to z jakimiś „ozdobnymi” na smyczy ludzie chodzą… I przyjdź z wieprzowiną na smyczy do restauracji. Wieprzowina przynajmniej nie szczeka. Poproś o miseczkę na wodę i wołaj jakimś fajnym imieniem typu Polędwiczka.

W takiej normalnej knajpie, wiesz, ze schabowymi.

Odwracanie ogonem, dociąganie sprawy aż do punktu zobaczenia przez nią własnego ogona, porównywanie, zestawianie – to są genialne narzędzia, by zobaczyć, czy jakieś działania, nawyki, zwyczaje mają sens i są spójne czy jednak są durne.

Każdego dnia porównuj posyłanie dzieci do państwowych wychowawczyń do posyłania małżonków do państwowych prostytutek i prostytutków. Polecam.

A na odpuszczenie emocji zawsze to:

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Jak wygląda u nas edukacja domowa w pierwszej klasie?

Z jednej strony są ludzie, zainteresowani tematem edukacji domowej, którzy mogą skorzystać z mojego obrazu – jak może wyglądać uczenie dzieci w domu przez rodzica.

Z drugiej strony są ludzie, którzy na hasło „edukacja domowa” mają tak dziwne wizje i pytania, że niech ten mój obraz da im realny… obraz sytuacji.

Uczę naszego pierwszoklasistę już trzeci miesiąc, z 5-latkiem u boku naszego, na kolanach mych, wypełniającego swoje książeczki z zadaniami bądź przerywającego i przeszkadzającego bratu. Do przerobienia (brzydkie słowo, ale dla mnie prawdziwe) mamy polsko-matmo-społeczno-przyrodę, angielski, religię i komputer.

To teraz opiszę, jak „przerabiamy”.

Starszy siada do nauki codziennie od poniedziałku do piątku po śniadaniu. Ta uparta systematyczność potrzebna jest mnie – bo dzień ulgi mógłby przerodzić się w dwa miesiące rozleniwienia i niemal nic nie-robienia. A z obserwacji widzę, że skoro sadzałam dziecko do nauki codziennie (włącznie z dniem nauczyciela i 11 listopada), nawet wtedy, kiedy nie chciało mi się sadzać, nawet kiedy byłam przeziębiona z dwoma innymi przeziębionymi osobnikami na stanie, to dziecko przyzwyczaiło się, że tak po prostu jest. Więc w miarę siada codziennie na spokojnie i robi, nie trzeba go zaganiać. (Tu widzisz, trzeba uważać, czego dziecko się nauczy, że „tak po prostu jest” i przestanie się buntować. Np. w szkole, że je akurat prześladują, że nauczyciel jest potworem itd. – „tak po prostu jest” i akceptacja – tego nie chcemy).

Ponieważ dostaliśmy ze szkoły furę ćwiczeń z matmy i polsko-przyrodo-społeczeństwa, to te części są łatwe i nawet momentami przyjemne w realizacji. Zaznaczam Synowi 4-5 stron ćwiczeń z matmy lub 4-5 ćwiczeń z polskiego (też uważam, że pisanie falbankowych liter jest męczące). Czasem robi sam, ja sprawdzam. Czasem, szczególnie gdy mamy nowy temat, lekki bunt lub zmęczenie – siedzimy razem. (Mąż: Już wiem, czemu chciałaś edukację domową. Żeby siedzieć sobie z kawą).

Istnieje coś takiego, jak podręczniki do tego, z jakimiś tekstami i „Calineczką” chyba, ale to sobie zostawiam na później. Grunt to opanować pisanie, zapis matematyczny, no i koncentrację, skupienie, precyzję.

Dobra, sięgnęłam po te podręczniki. Jest tego pięć części. Za jednym krótkim poobiednim posiedzeniem omówiliśmy sobie połowę pierwszego. „Przyjrzyj się ilustracji i wymień przedmioty, w których jest litera m.” – Nie, dziękuję. Do tego listy bohaterki o tym, jak bała się w szkole i o tym, że dzieci w szkole śmieją się z innych. – Nie, dziękuję. Tylko powiedz mi na głos, dziecko, po czym poznajesz, że jest jesień – bo o to możesz być zapytany.

Czytanie? Starszy czyta wszystko, co znajdzie. Komiksy Marvela, napisy na billboardach, szyldach, mleku i płatkach kukurydzianych preferuje nad urocze opowiastki o misiach i calineczkach. Gdy matka wyjątkowo padnięta, potrafi i bratu poczytać. O Batmanie.

Angielski. Tu trzeba więcej energii i matki, i dziecka, więc nie robimy tego, kiedy jesteśmy np. przeziębieni lub kiedy Młodszy ewidentnie planuje nam utrudniać (potrzebuje uwagi – powiedział rodzic bliskościowy, świadomy czy jakiśtam). Otwieramy podręcznik, włączamy płytę, Syn powtarza, wskazuje. Póki co niewiele zapamiętuje na dłużej i niewiele pisze po angielsku. Słucha, wskazuje, powtarza. No ale angielski zaczęłam dopiero w październiku, chciałam, żeby najpierw umiał pisać literki.

Religia. W podręczniku każą za przeproszeniem pokolorować dziewczynce włosy, a w pytaniach na egzamin jest „Wyjaśnij zawołanie z litanii <<Królowa Polski>> albo <<Królowa Aniołów>>”. Czy chodzi o to, żeby dziecko powiedziało „Królowa Polski, bo Maryja jest Królową Polski, Królowa Aniołów, bo Maryja jest Królową Aniołów?”. Cóż, cóż, walka z tym to nie moja rola, więc kupiłam podręcznik i po prostu otwieram stronę za stronę i gadam do dziecka to, co uważam, że jest na temat – co w podręczniku nie jest napisane. Bo w podręczniku do religii niemal nie ma treści – są tytuły i kolorowanki. Nauczę go jak małpę „szczęść boże”, „niechbędziepochwalony”, znaku krzyża, trzech modlitw, o reszcie opowiem i… mam obawy, czy zapamięta. Będzie kojarzył historię, że anioł przyszedł do Maryi i zapytał, ale nie zdziwię się, jeśli nie skojarzy, że to jest odpowiedź na pytanie złożone ze starożytnych słów: „Opisz scenę zwia-sto-wa-nia”.

Informatyka. Włączasz dziecku pajnta i je zostawiasz. No prawie. Ale to proste dla chłopaka. Tyle że zalaliśmy jego komputer 😀 , a jak będzie korzystał z mojego, to… będę siedziała i pilnowała każdego ruchu. Chłopaki to chłopaki – do młotka, siekiery, piłki i wspinaczki, a nie do baletu czy precyzyjnego wyklejania jakiegoś pudełka cekinami.

A jak ja się czuję z tą edukacją?

Ano czuję się wrobiona! Bo póki co, to zajmuje sporo czasu mego, energii. Zaburza dotychczasowy rytm dnia, czas kradnie. Dzień rozpieprza, zmniejsza szansę na wyjście na dwór lub przesuwa zakupy na jakąś durną godzinę, jeśli chcę tą naukę zrealizować w najlepszych godzinach (rano – świeża głowa i świeży humor Młodszego). I nie zrywając się o siódmej 😉

Czuję się wrobiona we wciskanie przez matkę własnemu dziecku jakichś durnot. Ja nie jestem w stanie wytłumaczyć mu, po co się tego uczy i dlaczego teraz i po co mu to – poza argumentem „egzaminów”.

Ja nie jestem za układaniem małym ludziom programów tego, czego mają się nauczyć – żadnej kolejności, konkretnych tematów itp.

Jestem za uczeniem się tego, czego trzeba (bo potrzebuję, bo mnie ciekawi) wtedy, kiedy trzeba. Wtedy kiedy ten temat sam przyjdzie.

Życia wśród ludzi dziecko uczy się, bo jest w rodzinie. Zasad ruchu przy ulicy dziecko uczy się, gdy chodzimy przy ulicy. Liczb uczy się, kiedy rozmawiamy o cenach Lego: które tanie, które każdy ci może kupić, a które drogie. O litrach i nettach uczy się, gdy se czyta opakowania mleka i innych takich. O wartości pieniądza uczy się, kiedy dostanie pieniądze i dowie się, że lizak kosztuje 1 albo 2 zł, a bilet do Muzeum Lego – 15 zł. Trudne słowa poznaje w komiksach i pyta o ich znaczenie mamę. Zegara uczy się, kiedy mu mówisz, że wyjdziecie za pół godziny, czyli jak dłuższa wskazówka będzie na samym dole. A babcia przyjedzie, jak będzie 11 albo 12 na początku. W tym systemie dziecko nigdy nie nauczy się uprawnień prezydenta, rejonów świata, w których wydobywa się nikiel, stolicy Zimbabwe, daty śmierci Mickiewicza, postanowień przywileju jakiegośtam, charakterystyki Jagienki z „Krzyżaków”, wzoru na pole trapezu, tangensów ani wskaźników rozpadu połowicznego czy jak to tam się w chemii nazywa – chyba że taka wąska ciekawostkowa tematyka będzie jego zainteresowaniem na jakimś etapie dzieciństwa czy młodości. I bardzo dobrze (że raczej się tego wszystkiego nie będzie uczył).

Mały i rosnący człowiek powinien uczyć się życia naturalnie, od Rodziców, innych bliskich osób i ze swej okolicy. Uczyć się życia w miarę postępowania życia.

Przecież wiesz, że po 12 latach szkoły wychodzą ludzie, które nie umiejo po angielsku nic mimo tych 12 lat. Wiesz też, że jednostki nawet nieświecące inteligencją ani talentami do języków, gdy wyjadą, mogą nauczyć się języka w lot – bo potrzebują, bo chcą, bo całe ich jestestwo jest na to nastawione. Potrzeba rodzi sposób, metodę, rozwiązanie, dzia-ła-nie. Syty wilk – leży, medytuje, bawi się, odpoczywa, obserwuje. Głodny – poluje.

Niech ta buirokracja już padnie, bo nawet wyniki badań naukowych są przeciwko szkole takiej, jaka jest.

Wychowujmy nasze dzieci pięknie, mądrze i wspaniale. A gdy potrzebują lub chcą się czegoś nauczyć – uczmy je lub jeśli sami nie umiemy – znajdźmy dobrego nauczyciela.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Czy technologie oparte na ynternecie troszku Cię już nie przytłaczają?

Pogadajmy o martwonach, instagramach, zakupach online i w ogóle ynternetach. Temat jest bardzo rozległy, nie do uchwycenia w całości nawet i w grubaśnej książce. Ale pozahaczam go w paru miejscach.

Po pierwsze, mnie samą od miesięcy fizycznie odrzuca od komputera i telefonu. Ciągnie – wiadomo, bo na tym to polega, by ciągnęło. Ale zaczęło odpychać. Oczy, głowa, uszy zasłuchawkowane – buntują się. Mózg więdnie. Ciało chce się ruszać.

Po drugie, straszne jest, gdy człowiek uświadomi sobie, ile czasu przesiedział przed ekranami na przestrzeni lat. Ja z Internetu brałam wiedzę, sposoby, podglądałam spojrzenie na świat i rozwiązania innych ludzi. I dużo mi to dało. Może bez tego okienka na świat, żyjąc tylko w środowisku rodziny i swojej miejscowości nie zdecydowałabym się na poród domowy, a może nawet nie dowiedziałabym się o takiej możliwości. I oprócz porodu dotyczy to pewnie co najmniej dziesiątek innych spraw.

Do tego przypasowało mi blogowanie. Zaczęłam się dowiadywać, jak robić to „lepiej”. Włożyłam swój czas w to uczenie i stosowanie nauk w praktyce. Znów setki godzin…

Aż ocknęłam się, że dobrze by było, żeby to, co i ile wkładam w siedzenie przed ekranami, odpowiadało temu, co z nich wyciągam. Satysfakcja z pisania – dobrze. Znalezienie informacji, którą potrzebuję i mogę zastosować tu i teraz – dobrze. Chodzenie między mądrymi i ciekawymi linkami, z których jednak nic dla mnie na dziś nie wynika – niedobrze.

A telefon, który zawsze czeka, by dać nam daweczkę pocieszających, podniecających hormonów, gdy tylko się nudzimy lub jesteśmy niezadowoleni? To mocno chore.

Ilu ludzi ogląda tak zupełnie bez sensu, bezwiednie te instagramy i fejsbogi godzinami, zamiast zrobić coś konkretnego, dobrego w swoim życiu, coś ulepszyć, upiec albo nawet zwyczajnie się wyspać – a wyłączając wcześniej światła, zmniejszyć biedę, którą ponoć robimy planecie, spalając paliwa na prąd do żarówek?

Jestem bardzo za powrotem do materii. Za usiąściem na dobrym, drewnianym stołku, obraniem marchewki sprytną obieraczką, popatrzeniem na swoich bliskich, sprzątnięciem swojej szafy, zjedzeniem czegoś ciepłego i dobrego, pójściem gdziekolwiek bez pośpiechu – na piechotę. A ekrany więżą nas poza tą realna sferą, porywają nas gdzieś indziej.

A to „gdzieś indziej” nie jest takie korzystne, jeśli używa się ynternetów nieświadomie, co już mówi wiele badań i statystyk samobójstw czy depresji wśród najmłodszych. Internet straszy, dołuje, stawia przed nami niemożliwe cele, podsuwa niemożliwe aspiracje, napędza konsumpcjonizm sprzężony z psuciem planety (te miliony paczek, folii, etykiet, samochodów, spalających benzynę, bo trudno już kupić wiele produktów w swojej okolicy) i wreszcie polaryzuje społeczeństwo, dzieląc je na kobiety i feministki, socjalistów i kapitalistów, wierzących w naukę i zdroworozsądkowych, klasycznie eleganckich i w podziurawionych rurkach i tak dalej. A dzielenie ludzi obraca się przeciw nim samym. Nam samym. Dziel i rządź. Skłóć przeciwko sobie dwie grupy z tego samego kraju, jednym daj broń i już – nie musisz sam robić żadnej wojny, z własnej woli się powyrzynają. Film „Social dilemma” to pokazał. To ile innych i mocniejszych problemów kryje się w tych ynternetach, skoro piorący mózgi Netflix zdecydował się opublikować dość mocny materiał? To znaczy, że to może być niewinny czubek góry lodowej innych brudów.

Mnie przykładowo odrzuca to wszędobylskie śledzenie. Zapisywanie transakcji, podawanie numeru telefonu przy zakupie w sklepie stacjonarnym, konta klienta, karty, potwierdzanie telefonem, że to ja loguję się na mojego maila moim hasłem… Dane o naszej lokalizacji… Grzebałaś kiedyś w ustawieniach konta gugle? Jeśli nie, to możesz tam znaleźć filmy na yt, które oglądałaś w ciągu ostatnich nastu lat(!), Twoje lokalizacje, wyszukiwania i co wklejałaś w translatora – z nastu lat (!)… Jeśli masz nowy samochód, to jego numer vin jest na wierzchu, widoczny dla każdego przechodzącego pijaczka, a przy lusterku wstecznym masz cudo – dla Twojego zdrowia i bezpieczeństwa (Dla waszego dobra, obiecujemy. Dla waszego dobra i bezpieczeństwa uwolniony od człowieczeństwa zostanie każdy obywatel, każdy kraj…) – które śledzie położenie Twe. Absolutnie tylko i wyłącznie po to, by jakby co zadzwonić po karetkę. Tylko po to!

Po siedemnaste, to ja z okolic Majdanka jestem. Taki Auschwitz tylko że w Lublinie. Ja się to zwiedza, to dochodzi się do sali z listami więźniów, pisanymi do osób z zewnątrz. Ci ludzie wymyślili sobie szyfr – używali słów z języka szewców. Nie mogli pisać wprost o tym, co tam się dzieje i że nie ma chleba – ukrywali to pod wyrażeniami, związanymi z szyciem butów.

Czyli autocenzura. I jak ja teraz słucham kogoś na yt albo widzę teksty, nawet wpisane na obrazkach, gdzie ludzie zastępują słowa, których chcą użyć, innymi, żeby cieć fesjbukowy czy guglowy tego nie usunął – to dla mnie jest to szambo, dla mnie jest to dno moralne, zabieranie ludziom wolności, odczłowieczanie, stosowanie niewolnictwa, nieuzasadnionych kar… Ja Wam radzę odejść od osób i instytucji, które stosują metody Adolfa i komunizmu. Ale miliony ludzi nie widzi problemu – są gierki, są ploteczki od (nie)znajomych, z którymi się i tak nie spotykają, są podniety, strzały dopaminy plus katalog zakupów – kto by się tu doszukiwał problemów? (Przecież nie jest tak *jowo, nikt mnie nie tnie na kawałki, a potem nie sypie solą) Jest fajnie!

Zastanówcie się też, dlaczego opcje usunięcia konta insta czy amazona są tak ukryte, że niemal nie do znalezienia.

Także ja nie mam fb, insta, twittera, snapchata, mesendżera, łotsapa, tiktoka, aplikacji rosmana, dekatlona, alegra…

Nie jestem zalogowana, oglądając yt. Zbieram się do usunięcia jednego pozostałego mi maila guglowego.

Maila mam na protonmail (ponoć najbardziej szanujący prywatność) oraz na własnej domenie.

Jeśli potrzebuję coś przetłumaczyć, to mam zapisany adres narzędzia dobrego, a mniej niż gugiel śledzącego: https://www.deepl.com/translator

Na komórce korzystam z nieśledzącej przeglądarki duckduckgo – to jest też moja domyślna wyszukiwarka na telefonie i komputerze. Nie korzystam z gugla!

Na komputerze używam szanującej prywatność przeglądarki Brave.

I Brave, i protonmail wypuszczają co jakiś czas informacje o bezpieczeństwie / prywatności w sieci – różne podpowiedzi, porady, co i jak ustawić.

Kupując przez Internet (staram się lokalnie, ale często rzeczy są niedostępne na miejscu lub ceny są…), jeśli się da, kupuję w sklepie internetowym danej firmy, a nie na molochu Allegro, który ma całą podkładkę dla Skarbówki, czyli gnębi obywateli. Często jeśli wyszukasz coś na molochu, to sprzedawca nazywa się np. dobrepieluchy_pl -> wiesz dokąd się kierować. Zaczynam też się mylić, wpisując swoje nazwisko czy adres, jeśli istotny jest tylko nr telefonu i adres punktu odbioru. Jeśli nie masz na tyle odwagi, to korzystaj chociażby z nazwiska panieńskiego swojego lub mamy – one są chyba na dowodzie, jakby Cię napadła pani z poczty ze sprawdzaniem tożsamości.

I jestem na takim etapie, że zamówiłam sobie telefon, chyba jedyny dostępny w stanie nowym, który nie ma nawet aparatu. Będę miała telefon, który odbiera i pisze smsy oraz dzwoni. A ja i w domu, i na spacerach, będę patrzyła na materię 3D, nią się zajmowała. A w razie potrzeby wynalezienia informacji lub chęci poczytania / posłuchania konkretnych osób, które w sieci śledzę, będę musiała otworzyć komputer…

Obserwuję, ile czasu ludzie oddają matrwonom. Obserwuję, ile przeżywają spraw, o których w zasadzie mogliby nie wiedzieć – bo i tak niczego nie zmienią, a tracą energię umysłową i emocjonalną, które mogliby dać swojej rodzinie i swojemu środowisku.

Obserwuję – i nie tylko ja – ostro uzależnione dzieci i młodzież. Dlatego wiecie, co jest dla mnie ważne, dlaczego ograniczam ekrany, nie licząc wszystkich powyższych argumentów?

Zwyczajnie nie chcę, by dzieci widziały, że żyć da sie tylko, spędzając miliony godzin w ekranach! Nie chcę, by widziały, że z każdą obniżką nastroju sięgam po instagrama. No to nie sięgam. A komputer włączam wyłącznie, gdy mam konkretny cel. Czyli czasem – zero razy dziennie. Czasem zanim Chłopcy wstaną. Czasem przy nich, ale na czas wykonania konkretu, a nie na pół dnia.

Polecam. Wyjdź z tego wszystkiego, co jest przekazem Marka, wuhało i Billa do Ciebie. Nie łykaj tego, w jaki świat masz wierzyć – żeby realizować ich wizję Twojego życia. Wyłącz to i zajmij się sobą oraz tym, co masz wokół siebie. A w nocy śpij.

Jeśli interesują Cię argumenty za życiem poza łekranami, dwóch panów, których słucham, ostatnio mówiło o plusach odklejenia się od martwonów:

Bartłomiej,

Maciej.

Trafiłam również na informację, że wprawdzie przebywanie w przyrodzie jest cudne dla naszego dobrostanu, to wszystko to nie działa, gdy gapimy się w łekran: artykuł.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Wieszaj firanki

W którejś z książek Małgorzaty Musierowicz przeczytałam zdanie, mówiące o tym, że w czasie każdej wojny czy innej dziejowej zawieruchy, zawsze znajdą się kobiety, które upiorą i powieszą w oknach firanki.

Dlaczego ja jako nastolatka nastawiona zgodnie z panującym systemem jeno na rozum, logikę, użyteczność i sukces to zdanie sobie zapisałam i zapamiętałam? Chyba był w nim obraz ciepłej, babcinej kobiecości, a jednocześnie jakiegoś uporu, niezwyciężoności… Pewności, że będzie dobrze? Czy jak kiedyś od kogoś usłyszałam – że zawsze było jakoś, zawsze ludzie jakoś żyli – nawet w najtrudniejszych czasach, jakie sobie wyobrażamy?

Dzisiaj to zdanie mam w sobie, czuję od środka i wykonuję na zewnątrz. Jest w nim po pierwsze kobiecość. Kobieta jako pewna siebie i radosna istota, krzątająca się to tu, to tam, dbająca o gospodarstwo, żeby było funkcjonalnie, porządnie, pięknie i „jak należy” – zgodnie z rytuałami.

Po drugie, głębsze, jest tu pełne zaufanie do Boga / Losu / Życia. Że jest dobrze i będzie dobrze. – Przejść na tę stronę mocy, to był mój krok tego roku, choć dumałam nad jego słusznością od dobrych kilku lat.

Nie boję się, nie wymyślam sobie nowych lęków, nie szukam, czemu powinnam zapobiegać. Jestem spokojna, robię, co należy, jeden dzień na raz. A i firanki powiesiłam po raz pierwszy od kilku ładnych lat.

Ze swojego doświadczenia, patrząc na to, jakie miałam owoce, strachając się, zapobiegając, planując, analizując, a jakie owoce mam żyjąc w ufności, mogę powiedzieć, że ta druga postawa jest i przyjemniejsza, i nie mniej korzystna niż pierwsza. Polecam spokój, zaufanie, wiarę, że jest i będzie dobrze.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Coś wartego posłuchania

Człowiek, którego wciąż od czasu do czasu słucham, poczynił pogadankę tak dobrą, że momentami wzruszyć się można. Że ktoś tak po prostu kawę na ławę – mówi, jak jest. A przy tym stara się nie straszyć.

Materiału jest 2,5 godziny. Jeśli nie masz tyle czasu, obejrzyj przynajmniej pierwsze 20 minut i zakończenie – tam, że Niemiec mówi „Ja, gute Idee” i okolice.

W yt można i warto ustawić sobie do pogadanek przyspieszenie 1,25 lub 1,5x – traci się mniej czasu. Znajdziesz to w okienku filmu po kliknięciu na koło zębate.

Tytuł może dali straszący, ale treść w większości taka nie jest. Polecam bardzo dla łotwarcia oczu na kształt świata:

pogadanka.

Wieszczka-ja

Tak sobie bloguję już jakieś dziesięć lat. A jednocześnie czytam, słucham i trochę oglądam Internetu – choć ostatnio dość mało, i dobrze. Mam paru „swoich” ludzi, na których nowe treści czekam. Raz na dłuższy czas odkryje się i dołączy do nich ktoś dla mnie nowy.

Bardzo cieszy mnie to, ile osób i w jaki sposób mówi coraz intensywniej (szczególnie od półtora roku), coraz otwarciej o pewnych sprawach.

Te dziesięć lat temu to ja miałam na blogu kategorię, której nazwę sama wymyśliłam, bo takie określenie mi pasowało: „świadome życie„. Często powtarzałam wyrażenie „życie poza schematem„. Te idee były wtedy dziwaczne i małe, a dzisiaj wybijają się, oj wybijają.

I to mnie cieszy. Powtórzę: jestem tym człowiekiem, który jeśli widzi trawę zieloną, to mówi, że jest zielona, choćby reszta świata mówiła, że jest fioletowa. A przez grube dziesięciolecia, jeśli nie wieki, wmawiano nam fioletową trawę. Z instytucji władzy przeszło to przez media, mody, aż do naszych osobistych koleżanek – do wszystkich. I taki człowiek jak ja, który oprócz ego i mało delikatnych strzał Pani Strzelec, ma w sobie także pokorę, nieraz zastanawiał się: Może to ja zwariowałam? Może mam chore oczy, źle tę trawę oceniam? Może powinnam zainstalować w sobie przekonanie, że trawa jest fioletowa i zacząć żyć jak wszyscy?

No a dziś wyskakują mi z wielu różnych miejsc i środowisk ludki, małe i duże, męskie i żeńskie, które robią swoje „coming outy”, że trawa zielona je. Dziękuję im/Wam!

Nawet jeśli mówicie tylko to, co ja już wiem, co czuję, to potwierdzacie mi, że to nie ja zwariowałam (albo że nas, wariatów, jest więcej).

Niektórzy to, co ja nazywałam życiem nieświadomym, na autopilocie, jak „wszyscy”, życiem schematem/schematami, nazywają matrixem. Cóż, jeśli istnieje matrix, o którym mówi się w szerszych znacznie kontekstach, to i tak ten matrix schematów jest jakimś ziarenkiem w tym wszystkim, a przejrzenie na oczy, że on istnieje, może być pierwszym krokiem na lepszej drodze życia. Drodze, która jest bliżej prawdy i człowieczeństwa niż „schemat”.

Wiele osób wciąż „budzi się” (widzicie jak zwykły minimalizm, logikę, myślenie, zdrowy rozsądek można doprowadzić do niuejdża czy innej „duchowości”?), odkrywając, że dominujące schematy działania i myślenia zwyczajnie ludziom nie służą. Jeden doznaje przebudzenia, bo otworzył firmę i widzi trochę bebechów systemu państwowego, inny chciał być zdrowy i przejrzał na oczy co do kondycji służby zdrowia, medycyny akademickiej czy farmacji, inny zawiódł się uniwersytetem, szkolnictwem, kościołem, komuś niezłe kuku zrobił rozbuchany konsumpcjonizm z bankami. I tak dalej…

A o jakich schematach mowa, bez których można by równie dobrze żyć, a może żyć lepiej?

  • „Wszystkie” dzieci chodzą do przedszkola, a potem do szkoły.
  • „Wszyscy” chcą więcej zarabiać.
  • „Wszyscy” idą na studia.
  • „Wszystkie” kobiety rodzą w szpitalach.
  • „Wszystkie” kobiety chodzą do ginekologów i leczą się na infekcje.
  • „Wszystkie” kobiety biorą hormony antydzieciowe.
  • „Wszystkie” ciężarne chodzą grzecznie na regularne wizyty u ginekologa.
  • „Wszystkie” dzieci noszą pampersy.
  • „Wszyscy” chcą / nie chcą pracować w korpo / mieć własny biznes.
  • „Wszyscy” zmieniają wystrój mieszkania, kiedy się opatrzy lub moda zmieni.
  • „Wszyscy” chcą coś kupić.
  • „Wszyscy” idą do lekarza z gardłem, kaszelkiem, katarem, kłuciem w sercu, pryszczem itd.
  • „Wszyscy” pędzą.
  • „Wszystkie” kobiety dzisiaj pracują dla jakiegoś szefa lub szefów.
  • „Wszyscy” kupują nowe ubrania i buty, bo w sklepach są nowe ubrania i buty, albo bo moda się zmieniła, albo bo jest nowa pora roku (która była już rok temu, i dwa).
  • „Wszyscy” mają fejsbuka, konto na guglu i netflixa.
  • „Wszyscy” korzystają ze smartfonów.
  • „Wszyscy” mają kredyty.
  • „Wszyscy” czekają na piątek.
  • „Wszyscy” chcą mieć większy i lepszy samochód.
  • „Wszyscy” mają zmywarki i mikrofale.
  • „Wszyscy” dążą do posiadania idealnie wygolonego trawnika (i nóg, i pach, i łona).

I przy tym wszystkim po świecie chodzi dziewczyna, która nie bierze hormonów, rodziła w domu, o siódmej rano swobodnie przeciąga się w koszuli nocnej zamiast odwozić dzieci tu i tam, u lekarza była ostatnio parę lat temu, mieszka z 10-letnimi zasłonami i meblami, których nie zdążyła zniszczyć, raduje się tym, że jakieś kwiatki uda jej się rozmnożyć, nie spieszy się, do sklepu kilometr potrafi pójść na nogach, nie ma fejbuka i nie zna wiadomości z telewizji, ma trasy, po których jeździ bez gps-a, a w terenie to w ogóle drepta z mapą papierową, nie przeszkadza jej, że czasem podniesie skarpety nieswoje z podłogi. I tak dalej.

Cieszy mnie, że dzisiaj coraz więcej osób z różnych środowisk, o różnych poglądach i zainteresowaniach mówi o tym… właściwie o tym, że w życiu chodzi o to, by być dobrym człowiekiem. I że należałoby zastanowić się, czy aby do tej dobrości zajdziemy tą najpopularniejszą drogą, czy może ta najpopularniejsza jest jednak niekorzystnym wyborem, albo wręcz ślepym zaułkiem.

Lekarze, muzycy (nawet ci państwowi), emigranci, przedsiębiorcy, weganie i mięsożerni, rolnicy, dziennikarze (nawet ci z dużych stacji), pisarze, filozofowie, rodzice, kapitaliści i socjaliści, dziewczyny i mężczyźni – odchodzą od niepotrzebnej chemii, szalonego konsumpcjonizmu, pośpiechu, uwiązań, nałogów (w tym chorej relacji z technologią), nieleczących lekarzy, nieuczących szkół, śledzenia „wiadomości” i wielu innych.

Kłaniam się każdemu, kto czy to publicznie, czy w rozmowie „jeden na jeden” z sąsiadem, siostrą, koleżanką, wujkiem da znać, rzuci sygnał, że robi coś świadomie poza schematem lub że taka możliwość istnieje.

Kupiłaś sobie domek za miastem i jęczysz, że tylko dowozisz i przywozisz dzieci do przedszkoli i szkół? -> Droga sąsiadko, daję znać, że istnieje możliwość niewożenia dzieci, nawet legalna możliwość!

Także pozwól, że przez momencik połechtam moje ego albo pochwalę czucia me: o świadomym życiu / życiu poza schematem gadam od dziesięciu lat. Dzisiaj coraz więcej osób, coraz bardziej publicznie mówi o tym samym i oczywiście zmienia swoje życia na lepsze, i na bardziej swoje. Oby było nas jeszcze więcej, tak, żebyśmy się odnajdywali i wspierali także poza ynternetem.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Spacer to co najmniej trzy w jednym + o życiu lokalnym

Widzisz babkę, może z dwójką dzieci, która w dowolną pogodę wybiera się na piechotę kilometr czy dwa od domu, choć mogłaby podjechać.

Głupia? Mądra? Zaproponujesz podwózkę?

Ja podwieźć bym się nie dała. Umyślnie wybieram sklep czy paczkomat nie najbliższy i załatwiam trzy w jednym:

  • zakupy
  • wybieganie dzieci (które jest mitem, ale o tym może innym razem; mimo wszystko ruch jest potrzebny) lub posłuchanie własnych myśli, pobycie w jakimś rodzaju ciszy – gdy wędruję sama
  • rozchodzenie łydek i ud, gdyż ponieważ ćwiczyć lubię, a rozciągać się po – się nie chce.

W ogóle urosła we mnie idea, mówiąca, że ogromną część „eko”-problemów można by załatwić poprzez ograniczenie transportu.

A promuje się jednak inny styl życia: samochody, podwożenie dzieci od drzwi do drzwi, zagraniczne wyjazdy i loty. Z powodu przemieszczania się ludzi tak często i tak daleko mamy wycinki lasów, niszczenie innych środowisk, benzynę, kubki na jednorazową kawę, folie na kanapki ze sklepu, części samochodowe, ogrodzenia ulic, smród, wypadki i coraz mniej miejsca na sąsiedzkie pogaduszki.

Idea pozytywna to coś w rodzaju małej ojczyzny, ale rozumianej inaczej niż nas w szkole łuczyli.

Pomyśl, co by było, gdyby ludzie nie mogli podróżować daleko, gdyby to nie miało sensu, jak przez większość historii, gdy wyprowadzenie się po ślubie do męża 6 km dalej było ogromnym i trudnym przeżyciem? Jak by to było?

Ano nie mielibyśmy tandety z Azji. W promieniu kilku kilometrów każdy miałby kilku stolarzy, szewców, krawcowych, piekarzy, pszczelarza. Na obszarze powiedzmy około jednego powiatu musiałoby być wszystko, czego człowiek potrzebuje w życiu: i ten stolarz z szewcem, i rzeka, i las, i święta góra albo źródło, i miejsce na potańcówki, i na rozmowy… Jeśli nie mielibyśmy możliwości pojechać w malutkie przecież obszarowo Tatry, Mazury czy na Łysą Górę, to musielibyśmy szanować obszary wokół siebie. Nie zaśmiecać, nie pozwolić na chore inwestycje. Jakby to było jedyne co mamy, to może więcej ludzi zaczęłoby szanować… miejsca, dobra wspólne, przyrodę?

Mniej byłoby też anonimowości, bo ludzie mieszkaliby i kręcili się po tym samym terenie. Każdy każdego zna… A to by oznaczało większe ryzyko dla wandali i innych złoczyńców. Bo zostaliby napiętnowani porządnie, do głębi i na długo. Wioska, społeczność, wspólnota, współpraca, szacunek – bo musimy ze soba wytrwać wiele, wiele lat, a może wszystkie lata.

Zachęcam, byśmy odklejali się od aut. Pokazywali język stacjom benzynowym i producentom samochodów oraz części.

Poznaj swoją okolicę. Odkryj swoje ulubione miejsca – czy to w przyrodzie, czy ładnie ukształtowane przez człowieka. Znajdź sobie wszystko, czego potrzebujesz – blisko. Byle nie za blisko. Kilometr do sklepu. Na bazar spacerem. Do biblioteki na rowerze. A auto od święta. A tak dla pokazania, że możesz sama (bez wyciągaczy ropy spod łoceanów), że jeżdżenie nie jest niezbędne, że chodzenie kilometr do sklepu robi Ci lepiej niż jeżdżenie sąsiada do sklepu i na siłownię 😉

Ograniczyć się w odległości, a rozwinąć w głębokości znajomości tego kawałka świata.

Dreptaj, dreptaj. Ruszaj limfę, ruszaj łydy. Oddychaj. Patrz na drzewa, patrz w niebo.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Żyj lepiej niż smutne psy z Kundelpatrolu

Choć nie jestem fanką takich tworów jak współczesne „bajeczki”, „soczki” i lizaki, to jednak żyjemy w tych czasach, nie innych, nie separujemy dzieci od społeczeństwa i bywa, że twory takie lądują w naszym świecie.

Czytam książkę o Patrolkundlach. To są istoty wymyślone po to, by były „bohaterami”, „inspiracją”, wzorem dla dzieci. Bo niby ratują cośtam (oczywiście przy pomocy technologii – by religię technologii wciskać w nowych ludzi od najmłodszych lat. Pamiętaj: wiadro wody nie ugasi ognia, jeśli nie ma doczepionego superwęża z superwystrzeliwarką z przyciskami).

Czytam, czytam. W mieście kundli wysiadł prąd. Awaria. Kundle lamentują: „Nie ma prądu – nie będzie światła i muzyki”.

To ja współczuję. Bo w moim świecie światło jest ze słońca, a mogę je zrobić także świeczką, gazem lub ogniskiem. W moim świecie muzykę możemy wykonywać sami: śpiewać, grać na instrumentach, a przy ich braku – stukać w cokolwiek, gwizdać, szurać, mruczeć.

Tak to się programuje nowych ludzi, by przy braku przycisku stali bezradni jak bezwolne i bezmózgie kukły. Wiesz, budzisz się, paczysz na telefon albo zegarek, a tam premier nie wysłał info, czy dzisiaj masz iść w prawo, czy w lewo. No i konsternacja. Nie wiesz, co masz robić. Premier napisze: byndzie wiatr, siedź w domu – uff, wiesz, na czym stoisz.

Polecam wolność, inwencję, branie życia, świata i siebie samego we własne ręce. Podejmowanie decyzji co do swojego życia zamiast czekania na instrukcje „specajlistów”, „ekspetrów” i władz.

Zadanie na dziś:

Zorganizuj sobie ukulele, bęben i świece z wosku pszczelego.

ogień - światło bez prądu

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂

Gmła

Ten rok upływa mi pod znakiem… Znasz taką zabawę, że stoisz i trzymając ciało sztywno zaczynasz upadać do tyłu i ktoś ma Cię złapać? Testuję to zaufanie, że za mną są silne ręce lub najprzyjemniejsza na świecie pościel na porządnym materacu… tak ogólnie-życiowo.

Biblia ponoć mówi nie lękaj się tyle razy, że starczy na każdy dzień roku. Niuejdże śpiewają o tym, że strach jest przeciwieństwem miłości. Biblia znów nadaje o tym, że nie troskaj się, bo Bóg daje ptakom, które nie sieją to i człowiekowi da (choć w innych miejscach ta sama księga chyba zaleca planowanie i magazynowanie…). Znów niuejdże wzdychają o byciu tu i teraz… Wezwania do pozytywności, np. wdzięczności, na każdym kroku, z każdej strony, włącznie chyba z fizyką kwantową i inną, które stwierdzają, że myślami/uczuciami wpływamy na rzeczywistość – materię, wydarzenia (a nie tylko topornym protestanckim-amełykańskim planowaniem i zakasywaniem rękawów). Nawet istnieją mordki łod biznesu, które mówią, że nie musisz planować, co chcesz robić za 15 lat, bo i tak wszystko się zmieni, jak wejdziesz na nową drogę – wystarczy, że widzisz pierwszy krok lub trzy, a czas na resztę przyjdzie później.

Do tego w tylu latach mojego lęku, bania się, przeciwdziałania temu, co może wyjść na złe – nic złego się nie ziściło. Było i jest dobrze, niezależnie od moich strachów, niezależnie nawet od rozumu.

W takim właśnie zaufaniu do Boga / Życia, a nawet Męża ćwiczę się.

To jest nienaturalne i trudne dla mnie. Uczę się, że jestem tu chciana, opiekowana, że po prostu może być dalej dobrze bez moich dziwnych wysiłków – głównie umysłowo-emocjonalnych.

I taka sytuacja. Idziemy na bardzo konkretny szczyt. Idziemy już ponad godzinę, ale wciąż jest rano. Wrzesień. Mgły podnoszą się znad lasu, z niższych miejsc. A może to chmury nadlatują. Najpewniej jedno i drugie.

W pewnym momencie naszło tyle mgły, że widziałam może na dwadzieścia metrów. Miałam szlak, w sensie drogę, swoich ludzi blisko, znałam kierunek, a widziałam tylko kawałeczek przed sobą i za sobą (choć widzenia za chyba nie używałam). I nie przyszło mi do głowy bać się. Było dobrze. Wiedziałam, co robić. To, co od początku zamierzałam. Brak dalekiego widzenia niczego nie zmienił w docieraniu do celu.

A właściwie to i lepiej mi było niż z dobrą widocznością. Wiesz, wszędzie naokoło była mgła. Zero widoków też tych na wysokie drzewa, miasteczka czy okoliczne grzbiety górskie. Trochę ścieżki do przodu, a poza tym biała dziura. To było uspokajające.

Uspokajające dokładnie tak, jak ograniczenie bodźców. Mgła ograniczyła mi to, ile elementów widzę. To daje cudowny spokój, cudowne nie-muszenie analizowania, myślenia, oceniania reszty, która właściwie w tej chwili nie jest nam potrzebna, niezbędna. Jest dodatkiem, dekoracją. Wzrok i głowa odpoczywały wtedy tak, jak mózgi i zmysły potrzebują odpoczywać od ciągłych bodźców – smartfona, miasta, innych ludzi.

A żył też przecież taki filozof, który twierdził, że istnieje tylko to, co widzisz. Jeśli odwrócisz się tyłem do drzwi, drzwi nie istnieją. Nie do końca się to trzyma kupy na rozum, bo np. gdzie ten pan zgubił inne zmysły? Czy jeśli za Twoimi plecami ryknie niedźwiedź albo ktoś postawi intensywnie pachnące danie, których to elementów nie widzisz… – czy one też nie istnieją?

Jednak co u tego pana jest mądre i działa: ważne jest to, co tu, co życiem jest. O tym myśl, tym się zajmuj. Twoje życie, proste, rodzina, dom, śniadanie, obiad, kolacja, spacer.

Jeśli większość z nas uznałaby, że Irak i Jennifer Lopez nie istnieją – czy coś by się stało dla nas na minus? Nie. A czy mózg byłby mniej obciążony i mielibyśmy więcej mocy przerobowych na nasze własne życia? Tak. Zauważ, ile spraw tak naprawdę dla nas nieistniejących generuje tiwi i inne media. Wiesz, co masz z nimi zrobić?

No i polecam góry we mgle. Bez widoków, za to z białą dziurą, kilkunastoma krokami przed Tobą i Twoimi ludźmi w kręgu tych kilkunastu kroków. Czy nie to – dwa kroki i swoi Ludzie – jest w życiu najważniejsze, a może jedynie ważne?

Ok, jeszcze herbata w plecaku.

Jeśli chciał(a)byś mi się odwdzięczyć za moje teksty, TUTAJ możesz obdarować mnie symboliczną kawą 🙂