A co Ty świętujesz w tym roku? 3 opcje

Dzieje się, dzieje. Nie da się ukryć. Sobota. Sąsiady pucowali auta, odkurzali je w środku, trzepali dywany. W sklepach zapachy do ciast, ciasta gotowe i karpie. I na co to wszystko?

Bo wszyscy?

Zastanów się, co i po co Ty chcesz celebrować za kilka dni.

Opcja nr 1: Świętujesz Boże Narodzenie

Wierzysz w albo przynajmniej na poważnie rozważasz historię o tym, że dwa tysiące lat temu na ten łez padół zrodził się Bóg w ciele człowieka, ze wszystkimi ograniczeniami, jakie sam dla nas wymyślił. I co tam było z Nim dalej.

Może czytasz Biblię, a na pewno zostawiasz przynajmniej na godzinę na boku materię, zamykasz oczy (lub nie) i sobie rozważasz, o co w tym wydarzeniu chodziło, o co w tym naszym świecie i życiu chodzi.

Może idziesz do kościoła, może nawet poza czasem mszy, a podczas mszy może obchodzi Cię coś ponad to, jak kto jest ubrany i jak w tym wszystkim wypadasz Ty.

Może przygotowałeś w domu szopkę, czyli przedstawienie Bożego Narodzenia w postaci figurek czy jakiejkolwiek innej.

Może oddałeś kawałek swojego czasu lub pieniędzy na pomoc biednym ludziom.

Na innych ludzi spoglądasz jak na tych, w których przejawia się Bóg i jak na tych, którzy niosą jak i Ty ten ziemski los – z miłością, współczuciem, wybaczeniem, uśmiechem.

Bohaterem tego świętowania jest Bóg.

Opcja nr 2: Świętujesz Święta

O, takie wielkie, piękne Święto Rodziny. Babcie, ciotki, poprzebierane dzieciory i te zapachy z kuchni.

Świętujesz wartości rodzinne. I się z rodziną spotykasz.

Sprzątnęłaś tyle, żeby było przyzwoicie. Prezenty dostają przynajmniej dzieciaki. Okna umyłaś. Pieczesz, gotujesz, koszule prasujesz.

Trochę przystroiłaś dom, żeby była atmosfera, którą dzieci będą pamiętać. No i cykamos fotos, bo wszyscy.

Bohaterem tego świętowania jest każdy, z kim się spotkasz.

Opcja nr 3: Świętujesz Christmas, Santa Clausa i season of giving

Wersja najbardziej hardkorowa. Drenująca człowieka i dająca niewiele w zamian.

Świętujesz to, co kultura podtyka Ci pod nos, co promuje w filmach, serialach, reklamach i sklepach. Nieco wartości rodzinnych pokropionych mocno reniferami i perfumami.

W tej wersji to zaorana jesteś. Masz renifera na balkonie. (Nie masz?! Ale tak że nic?! Nawet światełek?!) Masz renifery na swetrze, kubkach, grafikach, tapecie telefonu, jako figurki w domu i na poliestrowej piżamie.

Kupiłaś prezenty wszystkim. Najpierw cierpi Twój portfel, później będzie cierpiała planeta, bo wysypiska śmieci urosną. Pomiędzy jednym a drugim będzie kilkanaście sekund przepełnionego podnieceniem oczekiwania tej drugiej osoby i minuta udawanego lub nie – zadowolenia.

Pieczesz, gotujesz, bo tradycja, bo przepisy w necie, bo to, bo tamto, nawet jeśli nie umiesz, jeśli urabiasz się po pachy i masz wściekliki w oczach i wszędzie indziej.

Dom wyszorowany i przystrojony wszystkim, co nie współgra z aktualną porą roku. Światła świec czy lampeczek to jedno – i to świętujemy wszyscy – zwycięstwo światła nad ciemnością, jakieś przejście, zmiana, nadzieja, jakieś nowe, bo nam się ciemny listopad przejadł już na amen. Ale te renifery, płatunie śniegu, sanie, obrazki z dziećmi na łyżwach na stawie, bałwany – jak się to ma do naszego życia, do naszej rzeczywistości, do naszego tu i teraz?

W głośnikach nieśmiertelne mum and dad can hardly wait for school to start again (w wolnym tłumaczeniu: państwowe urzędasy, koniec laby, wracajta do robotaju i zabierajta moje bachory ode mnie! ALE JUŻ!).

Jesteście pięknie wyprasowani, wypachnieni, z przyklejonymi uśmiechami odwiedzacie nie-teściów, w ręce te pierniczki obwiązane kokardeczką…

Oglądałaś seriale i teraz próbujesz zserialić swe życie. Nie