Idź babo do lasu - blog Pani Strzelec - minimalizm, macierzyństwo, życie w zgodzie ze sobą i z naturą, offline, slow life 3

Ostatnio byłam mocno podenerwowana i od miesięcy zmęczona. Mąż zapracowany, sama w domu z dwójką energetycznych, nieśpiących chłopaków, w tym jednym niechodzącym, zima… Nie, to nie sprzyja zdrowiu psychicznemu, regeneracji, iściu do przodu. To niczemu nie sprzyja. Niesprzyjające warunki.

I gdy tak pewnego ranka oboje wariowali dźwiękowo, wyciągając przy tym wszystkie słoiki i inne rzeczy (nieraz sypiące się) z szafki kuchennej, a to dopiero minęła jedna godzina dnia…

Siłą woli spakowałam towarzystwo w kurtki i całą resztę, wzięłam chustę do noszenia Młodego i wrzuciłam nas do samochodu. Pojechaliśmy nad zalew = do lasu.

Nie, niełatwo jest to zrobić na co dzień. Jeśli jesteś super-matką-bohaterką-perfekt-wszystko, to po prostu zamknij tę kartę. Nie jest łatwo skoordynować jedzenie, wydalanie i okresy spania/zmęczenia dwóch małych ludzi plus dorosłego w taki sposób, by bez tragedii przejechać kawałek samochodem, spacerować bez krzyków, lamentów i przekleństw, i jeszcze w miarę spokojnie wrócić.

Ale tego dnia się udało. Poza fazą ubierania się wszyscy byli spokojni. Młody spał, a Starszy nie prosił o bycie noszonym.

Było pięknie.

Żadne czytanie Esencjalisty czy innych inspirujących tekstów, żadne jogi, ćwiczenia w zeszycie, znajomość priorytetów, świadomość własnej wartości, asertywność, woda z cytryną z rana i żadne rytuały nie dadzą takiej siły, jasności, radości i świeżości jak pobycie na powietrzu.

Nie ma się co czarować. Jakbyś cudnie sobie nie ułożył życia w mieście, jak cudnego byś nie miał mieszkania, potrzebujesz czasu za miastem.

Offline.

Nie planowałam wycieczki bez telefonu. A jednak po zrobieniu kilku zdjęć i czając się na jeszcze bardziej idealne ujęcie, dowiedziałam się, że nie tylko mój telefon, który jest w naprawie, ale KAŻDY iPhone pada na mrozie. Zastępczemu, wyższemu modelowi, totalnej nówce wystarczyło -2 czy -3 stopnie, by wyłączył się przy ponad 30% naładowanej baterii. Cóż. Zostaliśmy sami.

Rzucę banałem. Ale jest tak, że dopiero jak nie masz telefonu, naprawdę doświadczasz tego, gdzie, z kim jesteś i co robicie. Nie sprawdzasz godziny, tylko wyczuwasz dzieci: kiedy Młody może się zbudzić. Mąż nie przerwie ci telefonem, szukając ciebie lub chcąc podzielić się jakimś drobiazgiem z przebiegu dnia. Nie zrobisz zdjęcia. Ani pięciuset.

Nic mi nie przeszkadzało ani nawet potencjalnie nie mogło przeszkodzić. To jest wolność.

Las.

Okoliczności przyrody były boskie. Wszelkie spacery zimą są boskie z tego względu, że nie ma ludzi. Na najpopularniejszym parkingu przy zalewie przy mieście 400tys. ludzi były trzy samochody. Poniedziałek. W letni weekend jest tu zgiełk, smród palenia, okrzyki, hałas, rowery, psy, dzieci, śmieci i tak dalej. W zimowy, piękny poniedziałek nie było nawet wędkarzy.

Okoliczności przyrody idealne jak na zimę. Bozia musiała nam to załatwić, bo śnieg napadany, więc ładnie, jasno. Do tego lekki mróz – nie za zimno i nie plucha. Zero wiatru. Czyste niebo. Nie trzeba było odśnieżać samochodu.

Spokój, cisza, świeże powietrze, świergot ptaków.

Ładować się słońcem i oddychać.

Gdyby.

Gdyby nie potrzeby jedzeniowe, siusianiowe i temperatura… Można by stamtąd się nie ruszać.

To jest nasze naturalne środowisko (no, może 20-30 stopni Celsjusza więcej). Nie mury, nie smród, nie kanciaste meble, nie miękkie kanapy, nie beton i nie pikanie sygnalizacji świetlnej.

Postaram się pamiętać o tym, by w sytuacjach, kiedy  niewiele dzieli mnie od utracenia kontroli nad sobą, wychodzić gdzieś do przyrody.

Z tym że jak patrzę przez okno dzisiaj… Lekko na plusie, plucha, mokro w powietrzu i na ziemi, mgła, chmury, ciemno… – nie byłoby tak przyjemnie.


co czyta pani strzelec

Otrzymuj email o publikacji nowych artykułów.
Wpisz swój adres email: